Nowa Zelandia Lot, NZ, 744, 747, 737, lot do nowej zelandii, przelot do nowej zelandii, podróż do nowej zelandii Nowej Zelandii

 

Jesteś tutaj: Strona główna | Nowa Zelandia Artykuły | Nowa Zelandia Turystyka | Podróż lotnicza do Nowej Zelandii


Podróż lotnicza do Nowej Zelandii

Dodane: 2010-10-18 | Aktualizacja: 2010-11-15


Do opisu samej podróży do NZ skusiło mnie moje hobby. Interesuję się lotnictwem a szczególnie zdjęciami samolotów, sam też takie zdjęcia kolekcjonuję, a więc zaczynamy...

Podziel się ze znajomymi!

Tekst zajął I miejsce w XII etapie I Konkursu Redakcyjnego w kategorii "Wybór Jury". Gratulacje!

-----

Kolejna bezsenna noc...  w sumie dziś to nic złego, akurat dobrze, że nie mogę spać.

Niedługo będę miał duuużo czasu na odrobienie sennych zaległości i na pewno nie będę miał problemów z zaśnięciem. No ale czas wstawać, domknąć walizkę i powoli udawać się w stronę tak często odwiedzanego miejsca – dziś też je odwiedzę z tą różnicą, że będzie to wizyta w innym charakterze, w charakterze pasażera. Lotnisko to miejsce, które często odwiedzam, zdarzało się nawet trzy razy dziennie i nie jest to związane z moją pracą, nazwał bym to raczej czymś w rodzaju hobby. To miejsce gdzie zapominam o wszystkich problemach dnia codziennego, potrafię jakoś oderwać się od rzeczywistości.

Dziś problemów nie ma, zostają wszystkie tutaj - w kraju. Niestety będę musiał do nich wrócić ale to dopiero za cztery długie tygodnie.

 Na Okęciu pojawiłem się jakoś przed trzynastą. Piękny słoneczny dzień, na odlotach o dziwo, pustki - żadnej kolejki do odprawy bagażu. Nie ma co czekać, trzeba odprawić bagaż.

Tutaj pojawił się pierwszy problem. Mój bilet był troszkę kombinowany, WAW – LHR , tu nie było problemu, LHR – HKG – HKG – AKL – WLG i na koniec WLG – AKL.

 Każdy Polak ma w swojej naturze coś co każe mu jakoś kombinować, nie dać się zrobić w tzw. balona, i tak też ja kombinowałem.

Program mojego wyjazdu wymuszał przylot do Auckland ale wylot z Wellington z przesiadką w Auckland. Poszukiwania różnych wersji podróży dały jasną odpowiedź. Najlepiej było kupić bilet „łączony” i zrezygnować z pewnych lotów, a konkretnie z lotu Auckland - Wellington.

Jak zapewniali różni znajomi niosło to pewne ryzyko. Podobno linia lotnicza po nieodbyciu przez pasażera pierwszej części podróży w całości, potrafi anulować bilet w drugą stronę.

Na naszym „Okęciowie” przy odprawie nie dało rady abym dostał kartę pokładową tylko do Auckland. Pomimo usilnych prób sympatycznych pań, system nie chciał pozwolić na taką kombinację. No cóż, ważne, że bagaż leci tylko do AKL. Będę musiał pofatygować się po kolejną kartę pokładową na LHR. Dla mnie to nie problem.

 Po szybkiej odprawie paszportowej, chwila rozmowy ze znajomym po tamtej stronie granicy i już tylko czekanie na boarding.

 Lot do Londynu to tylko dwu godzinna rozgrzewka przed całym maratonem w powietrzu. Dwie godziny minęły jak z bicza strzelił. Start – obiad – oglądanie innych samolotów mijających nas w powietrzu… szczególnie podobała mi się mijanka z A320 Aeroflot`u. Przelecieliśmy pod nim, pod kątem prostym, dosyć blisko, prawie dało się odczytać REG. Pięknie było widać tworzące się „smugi”. Szkoda, że nie przez wszystkie szyby samolotowe da się zrobić dobre zdjęcie... Jeszcze kilka mijanek i zaraz schodzenie do lądowania na wielkim Heathrow.

Pogoda w Londynie była niezbyt przyjazna, zachmurzenie jakieś 7/8 gdzieniegdzie słońce przebijało się przez wysoko zawieszone, wyjątkowo ciężkie, ołowiane chmury. Wyglądało to nawet fajnie, co chwila niektóre części Londynu rozbłyskały jasnością i żywymi słonecznymi kolorami. Nie padało, chociaż znając Londyńską pogodę nie zdziwiłbym się jakby zaraz spadł śnieg.

Lądowanie jak przystało na polskich pilotów, bez zarzutu, delikatnie i swobodnie.

Zawsze kiedy podróżuję samolotem zastanawia mnie fakt śpieszenia się pasażerów do zamkniętych jeszcze drzwi. Ludzie gdzie Wy idziecie!? Przecież to jeszcze potrwa! Samolot opróżnia się z pasażerów odwrotnie niż się zapełnia - ci z ostatnich rzędów wyjdą ostatni bo przecież nie przefruną nad całą resztą, która już tłoczy się z przodu.

Czytając gazetę czekałem spokojnie, aż zrobi się luźniej w naszym 737, i będę mógł spokojnie wysiąść. Nigdzie się nie śpieszę, co prawda samolot nie zaczeka ale mam do niego jeszcze ponad cztery godziny – wystarczy na zwiedzenie terminala i zakupy na „bezcłówce”. Wystarczy też na szwędanie się po terminalach i podziwianie wielkich maszyn przewoźników, którzy do Polski nie latają. A340 Emirates oraz Virgin Atlantic zawsze robią na mnie duże wrażenie. Malowanie Virgin`a należy do moich ulubionych, skromne i proste ale mające to coś w sobie, co sprawia, że człowieka ciarki przechodzą.

Kolejne maszyny przylatywały i odlatywały a czas leciał dosyć szybko. Szkoda tylko, że było ciemno a mój statyw leżał sobie spokojnie i odpoczywał gdzieś w bagażu głównym. No ale cóż nie można mieć wszystkiego. Zdjęcia z „ręki” to nie to samo, zwłaszcza, że przydałoby się czymś zasłonić odbijające się od szyby światło z wnętrza terminala, a tu wolnej ręki brak. Zmęczony postanowiłem wolno udawać się w stronę gate`u. Niezły kawałek przeszedłem. Dobrze, że są te ruchome chodniki gdzie idąc normalnym tempem „biegniemy” względem ścian i innych pasażerów którzy mają więcej czasu, lub siły w nogach.

Przy boarding`u niespodzianka - popsuł się system nagłaśniający, kobieta, która „udawała” megafon miała na szczęście donośny głos i jej doświadczenie robiło swoje. Uwinęła się z wszystkimi bardzo szybko. Miałem szczęście. Jak odbierałem kartę pokładową były jeszcze miejsca przy oknie. Może tutaj uda się coś ciekawego ustrzelić w powietrzu, co prawda nie dziś bo już noc nad Europą ale może w dalszej części lotu. Może coś podczas lądowania w Hong Kongu. 744 jest dużo większy niż 734 którym leciałem z Warszawy. Jest też więcej miejsca na nogi. A miejsce w rzędzie pięćdziesiątym siódmym gwarantowało szybką dostawę jedzenia i napojów z kuchni obok.

W fotelu system multimedialny, który zapewniał rozrywkę w czasie dwunasto-godzinnego lotu do Chin. Oprócz 300 filmów do wyboru, można też na bieżąco śledzić parametry lotu: prędkość, wysokość, położenie geograficzne i oczekiwany czas lądowania w Hong Kongu.

Krótkie kołowanie na próg pasa, i start bez zatrzymania po wjechaniu na pas. Pilot spokojnie prowadzi nas w kierunku czarnego nieba. Kilka szybkich korekt kursu i już spokojne wznoszenie na wysokość „przelotową”. Chmury przesłoniły błyskający światełkami Londyn - szkoda mógł być ładny widok. Tam na dole zaczyna się życie nocne a ja zaczynam swoją drugą część podróży.

Aha... coś pachnie. Będzie jedzonko! W sam raz, bo już troszkę zgłodniałem. W związku z tym, że jest to lot przez Hong Kong. Do wyboru są dwa dania. Coś w stylu Chińskim i coś bardziej europejskiego. Nie mam ochoty na ryż więc wybieram pieczone mięso z jakimś sosem. Nie było tak dobre jak „bitki” mojego taty, ale czego wymagać na 11 000 m z dala od domu. Sąsiadka, małomówna, o bardziej wschodnich rysach twarzy, wybrała wersję z ryżem. Sądząc po szybkości kursowania sztućców z talerza do ust – jej też smakowało. Kilka kieliszków dobrego Nowo Zelandzkiego wina spowodowało pożądaną senność. Obsługa samolotu też dbała o to aby pasażerowie spali. Po woli ograniczała światło na pokładzie i ludzie sami odpływali w błogi sen.

Za oknem piękny widok. Chmury wiszące tam w dole, nad stolicą Rosji, nie były za grube i pięknie było widać jasno pomarańczową łunę miasta. Po dwóch ,trzech minutach nie było już żadnej łuny – minęliśmy Moskwę i dalej już tylko ciemność w dole, i gwiazdy nad głową. Chwilę póżniej już tylko śniłem...

 „Rano” obudził mnie komunikat pilota, mówiący o tym co będzie do wyboru na śniadanie oraz przepraszający za małą awarię ogrzewania. Faktycznie, nie jestem typem zmarźlucha a opatuliłem się kocem jak w zimę. Ostre słońce odbijające się od grubej, białej, pierzyny chmur nie dawało wyglądać zbyt długo przez okno. Oczy nie wytrzymywały takiej jasności i mimowolnie wypełniały się łzami. Śniadanie pochłonąłem dosyć szybko.

Dobry, zimny, lekko kwaśny sok pomarańczowy szybko postawił mnie na nogi. Jeszcze mała kawa i już schodzimy do lądowania na sztucznie usypanej wyspie na której Chińczycy zbudowali lotnisko.

W Hong Kong`u pogoda iście Londyńska. Miałem wrażenie, że przyleciała za nami. Było około piętnastej (dla mojego organizmu jakaś 10 rano) a w powietrzu wisiała dosyć gęsta mgła i zdawało się, że coś zaraz spadnie z nieba. O dziwo pasażerowie nie tłoczyli się do wyjścia, prawie wszyscy czekali, aż wysiądą najpierw ci z przodu i zrobią miejsce w przejściu. Wysiadka i około godziny czekania na ponowny boarding, na pokład tego samego samolotu. To dobrze, było trochę czasu na zwiedzenie kolejnego wielkiego terminala.

Największe wrażenie zrobiło na mnie oznakowanie całego terminala, dróg do poszczególnych gate`ów i punktów usługowych w strefie bezcłowej. Nawet jakby ktoś chciał to nie da się zgubić. Ten terminal zrobił na mnie jak na razie największe wrażenie. Widać, że Chińczycy pomyśleli tu o wszystkim. Hala transferowa jest duża i przestrzenna, pomimo tego iż jest w niej dosyć dużo ludzi, jest luźno. Starty i lądowania jeden za drugim, szybko topniejąca kolejka na taxiway, a to wszystko na tle pięknych gór, i wszystko jak w zegarku. Żadnych zbędnych ruchów, żadnej straty czasu.

Boarding odbył się jeszcze szybciej niż w LHR. Na moim miejscu czekały już na mnie świeża poduszka, koc polarowy i nowe słuchawki. Miejsce obok było puste. Wschodnia koleżanka już pewnie dotarła do swojej rodziny a ja przygotowuję się do trzeciej części lotu.

Dosyć długie kołowanie, z kilkoma przystankami po drodze, i wreszcie to fajne łaskotanie w żołądku podczas startu. Szybka zmiana kursu i cały czas wznoszenie. Postanowiłem od razu zmusić się do snu. Nie było to trudne, bo byłem już trochę zmęczony. Znowu miły polarowy kocyk, poduszka pod głowę, rozłożenie fotela i... sen.

Nie udało mi się przespać całej drogi do AKL. Organizmu nie da się oszukać. Obudziłem się gdzieś koło Australii. Następne 4 godziny lotu spędziłem bawiąc się systemem rozrywkowym i oglądając stary dobry „Top Gun”. W powietrzu pustki, zero ruchu... to nie to co nad Europą.

Tutaj słońce też nie dawało za długo patrzeć za okno... Podejście do lądowania w Auckland wykonaliśmy „oblatując” całe miasto do okoła. Można było dostrzec piękny port, całe centrum a także najwyższą budowlę na południowej półkuli – SkyTower.

Słońce mieliśmy z lewej, dzięki temu mogłem podziwiać nasz cień przesuwający się po polach pełnych białych owieczek. Lądowanie z małym przytupem, a jakże! W końcu to antypody!

Po dokołowaniu pod rękaw wszyscy pasażerowie sprawnie opuścili samolot a ja miałem chwile, żeby spokojnie pozwiedzać poczciwego „garbatego”. Nigdy nie sądziłem, że w biznes klasie zostaje taki bałagan! Wszędzie porozrzucane papiery, porozlewane jakieś napoje. Masakra! Zdobywszy kolejny łup zdjęciowy, udałem się do odprawy.

Pogoda była piękna, niebieskie niebo, mało chmur. U nas w Polsce słotna jesień, a tu, w październiku początek wiosny.

Bagaż już na mnie czekał. Po przejściu kontroli paszportowej, tutaj w Nowaj Zelandii jest jeszcze tak zwana „bio security”. Kontrola ta ma na celu niedopuszczenie do przywiezienia obcych insektów, chorób itp. na ten unikalny ląd. Urzędnicy Ministerstwa Ronictwa i Leśnictwa sprawdzają skrupulatnie czy nie ukrywa się czegoś nieodpowiedniego w bagażu.

U mnie było wszystko ok.

Tutaj powinienem udać się w kierunku terminala krajowego, wsiąść na pokład Boeinga 737 linii Air New Zealand i polecieć w stronę Wellington. Ale ja, tak jak pisałem wcześniej, mam inne plany.

Po kilku dniach w Auckland i okolicach, kolejna wizyta na lotnisku. Tym razem lot krajowy. Lecimy do Dunedin. To na południowej wyspie, prawie na samym dole. Podróżujemy B737 Air New Zealand. Jest pełen. Fajny standard, dużo miejsca na nogi i wygodne fotele. Po przeszło godzinie lotu, pilot daje znać, że za chwilę będziemy mijać górę Cook`a (najwyższy szczyt w NZ). Faktycznie sam ośnieżony wierzchołek pięknie wydobywał się z chmurnej pierzyny.

Lądujemy w Dunedin. Tutaj zimno. Zaledwie 9 stopni na plusie. Dunedin to małe lotnisko z krótkim pasem (1900m), obsługujące rocznie około 700 000 pasażerów. Są tylko dwa rękawy i malutki terminal ale nie przeszkadza to w sprawnej obsłudze samolotu. Czas oczekiwania na bagaże to zaledwie ok. 5 min. Na lotnisku mały ruch. To nie to co HKG. Na płycie tylko nasz 737, kilka Cesn i jeden „zwijający” się Pilatus.

Lotnictwo w NZ to głownie małe firmy świadczące usługi dla turystów. Pole do popisu jest duże. Można pooglądać dużo ciekawych rzeczy z powietrza, zaczynając od lodowców, poprzez wieloryby, góry i na fiordach kończąc. Bardzo popularne jest też wykorzystywanie helikopterów do różnego rodzaju HELI-aktywności: helibungee, heliski, helibiking itp. Poruszając się po NZ znajdziemy dużo małych lotnisk jak i lądowisk. Koło domów czasami można spotkać „garaż” na śmigłowiec, obok zwykłego garażu na samochód. Nowozelandczycy często wykorzystują transport lotniczy. To przyjazny kraj do latania małym samolotem. Mała gęstość zaludnienia, duży obszar parków narodowych sprzyja wykorzystywaniu samolotu do podróży. Oni już dawno traktują latanie jako zwykły środek lokomocji a nie jak jeszcze my Polacy, pewnego rodzaju luksus.

Do kraju wróciliśmy jakieś 3 tygodnie później. Tą samą trasą i z tymi samymi przewoźnikami. (Air New Zealand i LOT) Pogoda w drodze powrotnej była duużo lepsza. Ładnie było widać Hong Kong, góry Azji a na Bałtyku Bornholm. Londyn też był bardziej łaskawy tylko w Warszawie było ciemno i zimno. Trzeba było znów przeprosić się z kurtką... niestety zimową.

 

Na Okęciu pojawiłem się jakoś przed trzynastą. Piękny słoneczny dzień, na odlotach o dziwo, pustki - żadnej kolejki do odprawy bagażu. Nie ma co czekać, trzeba odprawić bagaż.

Tutaj pojawił się pierwszy problem. Mój bilet był troszkę kombinowany, WAW – LHR , tu nie było problemu, LHR – HKG – HKG – AKL – WLG i na koniec WLG – AKL.

 

Każdy Polak ma w swojej naturze coś co każe mu jakoś kombinować, nie dać się zrobić w tzw. balona, i tak też ja kombinowałem.

Program mojego wyjazdu wymuszał przylot do Auckland ale wylot z Wellington z przesiadką w Auckland. Poszukiwania różnych wersji podróży dały jasną odpowiedź. Najlepiej było kupić bilet „łączony” i zrezygnować z pewnych lotów, a konkretnie z lotu Auckland - Wellington.

Jak zapewniali różni znajomi niosło to pewne ryzyko. Podobno linia lotnicza po nieodbyciu przez pasażera pierwszej części podróży w całości, potrafi anulować bilet w drugą stronę.

 

Na naszym „Okęciowie” przy odprawie nie dało rady abym dostał kartę pokładową tylko do Auckland. Pomimo usilnych prób sympatycznych pań, system nie chciał pozwolić na taką kombinację. No cóż, ważne, że bagaż leci tylko do AKL. Będę musiał pofatygować się po kolejną kartę pokładową na LHR. Dla mnie to nie problem.

 Po szybkiej odprawie paszportowej, chwila rozmowy ze znajomym po tamtej stronie granicy i już tylko czekanie na boarding.

 Lot do Londynu to tylko dwu godzinna rozgrzewka przed całym maratonem w powietrzu. Dwie godziny minęły jak z bicza strzelił. Start – obiad – oglądanie innych samolotów mijających nas w powietrzu… szczególnie podobała mi się mijanka z A320 Aeroflot`u. Przelecieliśmy pod nim, pod kątem prostym, dosyć blisko, prawie dało się odczytać REG. Pięknie było widać tworzące się „smugi”. Szkoda, że nie przez wszystkie szyby samolotowe da się zrobić dobre zdjęcie... Jeszcze kilka mijanek i zaraz schodzenie do lądowania na wielkim Heathrow.

Pogoda w Londynie była niezbyt przyjazna, zachmurzenie jakieś 7/8 gdzieniegdzie słońce przebijało się przez wysoko zawieszone, wyjątkowo ciężkie, ołowiane chmury. Wyglądało to nawet fajnie, co chwila niektóre części Londynu rozbłyskały jasnością i żywymi słonecznymi kolorami. Nie padało, chociaż znając Londyńską pogodę nie zdziwiłbym się jakby zaraz spadł śnieg.

Lądowanie jak przystało na polskich pilotów, bez zarzutu, delikatnie i swobodnie.

Zawsze kiedy podróżuję samolotem zastanawia mnie fakt śpieszenia się pasażerów do zamkniętych jeszcze drzwi. Ludzie gdzie Wy idziecie!? Przecież to jeszcze potrwa! Samolot opróżnia się z pasażerów odwrotnie niż się zapełnia - ci z ostatnich rzędów wyjdą ostatni bo przecież nie przefruną nad całą resztą, która już tłoczy się z przodu.

 

Czytając gazetę czekałem spokojnie, aż zrobi się luźniej w naszym 737, i będę mógł spokojnie wysiąść. Nigdzie się nie śpieszę, co prawda samolot nie zaczeka ale mam do niego jeszcze ponad cztery godziny – wystarczy na zwiedzenie terminala i zakupy na „bezcłówce”. Wystarczy też na szwędanie się po terminalach i podziwianie wielkich maszyn przewoźników, którzy do Polski nie latają. A340 Emirates oraz Virgin Atlantic zawsze robią na mnie duże wrażenie. Malowanie Virgin`a należy do moich ulubionych, skromne i proste ale mające to coś w sobie, co sprawia, że człowieka ciarki przechodzą.

 

Kolejne maszyny przylatywały i odlatywały a czas leciał dosyć szybko. Szkoda tylko, że było ciemno a mój statyw leżał sobie spokojnie i odpoczywał gdzieś w bagażu głównym. No ale cóż nie można mieć wszystkiego. Zdjęcia z „ręki” to nie to samo, zwłaszcza, że przydałoby się czymś zasłonić odbijające się od szyby światło z wnętrza terminala, a tu wolnej ręki brak. Zmęczony postanowiłem wolno udawać się w stronę gate`u. Niezły kawałek przeszedłem. Dobrze, że są te ruchome chodniki gdzie idąc normalnym tempem „biegniemy” względem ścian i innych pasażerów którzy mają więcej czasu, lub siły w nogach.

 

Przy boarding`u niespodzianka - popsuł się system nagłaśniający, kobieta, która „udawała” megafon miała na szczęście donośny głos i jej doświadczenie robiło swoje. Uwinęła się z wszystkimi bardzo szybko. Miałem szczęście. Jak odbierałem kartę pokładową były jeszcze miejsca przy oknie. Może tutaj uda się coś ciekawego ustrzelić w powietrzu, co prawda nie dziś bo już noc nad Europą ale może w dalszej części lotu. Może coś podczas lądowania w Hong Kongu. 744 jest dużo większy niż 734 którym leciałem z Warszawy. Jest też więcej miejsca na nogi. A miejsce w rzędzie pięćdziesiątym siódmym gwarantowało szybką dostawę jedzenia i napojów z kuchni obok.

W fotelu system multimedialny, który zapewniał rozrywkę w czasie dwunasto-godzinnego lotu do Chin. Oprócz 300 filmów do wyboru, można też na bieżąco śledzić parametry lotu: prędkość, wysokość, położenie geograficzne i oczekiwany czas lądowania w Hong Kongu.

 

Krótkie kołowanie na próg pasa, i start bez zatrzymania po wjechaniu na pas. Pilot spokojnie prowadzi nas w kierunku czarnego nieba. Kilka szybkich korekt kursu i już spokojne wznoszenie na wysokość „przelotową”. Chmury przesłoniły błyskający światełkami Londyn - szkoda mógł być ładny widok. Tam na dole zaczyna się życie nocne a ja zaczynam swoją drugą część podróży.

 

Aha... coś pachnie. Będzie jedzonko! W sam raz, bo już troszkę zgłodniałem. W związku z tym, że jest to lot przez Hong Kong. Do wyboru są dwa dania. Coś w stylu Chińskim i coś bardziej europejskiego. Nie mam ochoty na ryż więc wybieram pieczone mięso z jakimś sosem. Nie było tak dobre jak „bitki” mojego taty, ale czego wymagać na 11 000 m z dala od domu. Sąsiadka, małomówna, o bardziej wschodnich rysach twarzy, wybrała wersję z ryżem. Sądząc po szybkości kursowania sztućców z talerza do ust – jej też smakowało. Kilka kieliszków dobrego Nowo Zelandzkiego wina spowodowało pożądaną senność. Obsługa samolotu też dbała o to aby pasażerowie spali. Po woli ograniczała światło na pokładzie i ludzie sami odpływali w błogi sen.

 

Za oknem piękny widok. Chmury wiszące tam w dole, nad stolicą Rosji, nie były za grube i pięknie było widać jasno pomarańczową łunę miasta. Po dwóch ,trzech minutach nie było już żadnej łuny – minęliśmy Moskwę i dalej już tylko ciemność w dole, i gwiazdy nad głową. Chwilę póżniej już tylko śniłem...

 

 „Rano” obudził mnie komunikat pilota, mówiący o tym co będzie do wyboru na śniadanie oraz przepraszający za małą awarię ogrzewania. Faktycznie, nie jestem typem zmarźlucha a opatuliłem się kocem jak w zimę. Ostre słońce odbijające się od grubej, białej, pierzyny chmur nie dawało wyglądać zbyt długo przez okno. Oczy nie wytrzymywały takiej jasności i mimowolnie wypełniały się łzami. Śniadanie pochłonąłem dosyć szybko.

Dobry, zimny, lekko kwaśny sok pomarańczowy szybko postawił mnie na nogi. Jeszcze mała kawa i już schodzimy do lądowania na sztucznie usypanej wyspie na której Chińczycy zbudowali lotnisko.

 

W Hong Kong`u pogoda iście Londyńska. Miałem wrażenie, że przyleciała za nami. Było około piętnastej (dla mojego organizmu jakaś 10 rano) a w powietrzu wisiała dosyć gęsta mgła i zdawało się, że coś zaraz spadnie z nieba. O dziwo pasażerowie nie tłoczyli się do wyjścia, prawie wszyscy czekali, aż wysiądą najpierw ci z przodu i zrobią miejsce w przejściu. Wysiadka i około godziny czekania na ponowny boarding, na pokład tego samego samolotu. To dobrze, było trochę czasu na zwiedzenie kolejnego wielkiego terminala.

 

 Największe wrażenie zrobiło na mnie oznakowanie całego terminala, dróg do poszczególnych gate`ów i punktów usługowych w strefie bezcłowej. Nawet jakby ktoś chciał to nie da się zgubić. Ten terminal zrobił na mnie jak na razie największe wrażenie. Widać, że Chińczycy pomyśleli tu o wszystkim. Hala transferowa jest duża i przestrzenna, pomimo tego iż jest w niej dosyć dużo ludzi, jest luźno. Starty i lądowania jeden za drugim, szybko topniejąca kolejka na taxiway, a to wszystko na tle pięknych gór, i wszystko jak w zegarku. Żadnych zbędnych ruchów, żadnej straty czasu.

 

Boarding odbył się jeszcze szybciej niż w LHR. Na moim miejscu czekały już na mnie świeża poduszka, koc polarowy i nowe słuchawki. Miejsce obok było puste. Wschodnia koleżanka już pewnie dotarła do swojej rodziny a ja przygotowuję się do trzeciej części lotu.

 

Dosyć długie kołowanie, z kilkoma przystankami po drodze, i wreszcie to fajne łaskotanie w żołądku podczas startu. Szybka zmiana kursu i cały czas wznoszenie. Postanowiłem od razu zmusić się do snu. Nie było to trudne, bo byłem już trochę zmęczony. Znowu miły polarowy kocyk, poduszka pod głowę, rozłożenie fotela i... sen.

Nie udało mi się przespać całej drogi do AKL. Organizmu nie da się oszukać. Obudziłem się gdzieś koło Australii. Następne 4 godziny lotu spędziłem bawiąc się systemem rozrywkowym i oglądając stary dobry „Top Gun”. W powietrzu pustki, zero ruchu... to nie to co nad Europą.

 

Tutaj słońce też nie dawało za długo patrzeć za okno... Podejście do lądowania w Auckland wykonaliśmy „oblatując” całe miasto do okoła. Można było dostrzec piękny port, całe centrum a także najwyższą budowlę na południowej półkuli – SkyTower.

Słońce mieliśmy z lewej, dzięki temu mogłem podziwiać nasz cień przesuwający się po polach pełnych białych owieczek. Lądowanie z małym przytupem, a jakże! W końcu to antypody!

 

Po dokołowaniu pod rękaw wszyscy pasażerowie sprawnie opuścili samolot a ja miałem chwile, żeby spokojnie pozwiedzać poczciwego „garbatego”. Nigdy nie sądziłem, że w biznes klasie zostaje taki bałagan! Wszędzie porozrzucane papiery, porozlewane jakieś napoje. Masakra! Zdobywszy kolejny łup zdjęciowy, udałem się do odprawy.

Pogoda była piękna, niebieskie niebo, mało chmur. U nas w Polsce słotna jesień, a tu, w październiku początek wiosny.

 

Bagaż już na mnie czekał. Po przejściu kontroli paszportowej, tutaj w Nowaj Zelandii jest jeszcze tak zwana „bio security”. Kontrola ta ma na celu niedopuszczenie do przywiezienia obcych insektów, chorób itp. na ten unikalny ląd. Urzędnicy Ministerstwa Ronictwa i Leśnictwa sprawdzają skrupulatnie czy nie ukrywa się czegoś nieodpowiedniego w bagażu.

U mnie było wszystko ok.

Tutaj powinienem udać się w kierunku terminala krajowego, wsiąść na pokład Boeinga 737 linii Air New Zealand i polecieć w stronę Wellington. Ale ja, tak jak pisałem wcześniej, mam inne plany.

 

 Po kilku dniach w Auckland i okolicach, kolejna wizyta na lotnisku. Tym razem lot krajowy. Lecimy do Dunedin. To na południowej wyspie, prawie na samym dole. Podróżujemy B737 Air New Zealand. Jest pełen. Fajny standard, dużo miejsca na nogi i wygodne fotele. Po przeszło godzinie lotu, pilot daje znać, że za chwilę będziemy mijać górę Cook`a (najwyższy szczyt w NZ). Faktycznie sam ośnieżony wierzchołek pięknie wydobywał się z chmurnej pierzyny.

 

Lądujemy w Dunedin. Tutaj zimno. Zaledwie 9 stopni na plusie. Dunedin to małe lotnisko z krótkim pasem (1900m), obsługujące rocznie około 700 000 pasażerów. Są tylko dwa rękawy i malutki terminal ale nie przeszkadza to w sprawnej obsłudze samolotu. Czas oczekiwania na bagaże to zaledwie ok. 5 min. Na lotnisku mały ruch. To nie to co HKG. Na płycie tylko nasz 737, kilka Cesn i jeden „zwijający” się Pilatus.

Na Okęciu pojawiłem się jakoś przed trzynastą. Piękny słoneczny dzień, na odlotach o dziwo, pustki - żadnej kolejki do odprawy bagażu. Nie ma co czekać, trzeba odprawić bagaż.

Tutaj pojawił się pierwszy problem. Mój bilet był troszkę kombinowany, WAW – LHR , tu nie było problemu, LHR – HKG – HKG – AKL – WLG i na koniec WLG – AKL.

 

Każdy Polak ma w swojej naturze coś co każe mu jakoś kombinować, nie dać się zrobić w tzw. balona, i tak też ja kombinowałem.

Program mojego wyjazdu wymuszał przylot do Auckland ale wylot z Wellington z przesiadką w Auckland. Poszukiwania różnych wersji podróży dały jasną odpowiedź. Najlepiej było kupić bilet „łączony” i zrezygnować z pewnych lotów, a konkretnie z lotu Auckland - Wellington.

Jak zapewniali różni znajomi niosło to pewne ryzyko. Podobno linia lotnicza po nieodbyciu przez pasażera pierwszej części podróży w całości, potrafi anulować bilet w drugą stronę.

 

Na naszym „Okęciowie” przy odprawie nie dało rady abym dostał kartę pokładową tylko do Auckland. Pomimo usilnych prób sympatycznych pań, system nie chciał pozwolić na taką kombinację. No cóż, ważne, że bagaż leci tylko do AKL. Będę musiał pofatygować się po kolejną kartę pokładową na LHR. Dla mnie to nie problem.

 Po szybkiej odprawie paszportowej, chwila rozmowy ze znajomym po tamtej stronie granicy i już tylko czekanie na boarding.

 Lot do Londynu to tylko dwu godzinna rozgrzewka przed całym maratonem w powietrzu. Dwie godziny minęły jak z bicza strzelił. Start – obiad – oglądanie innych samolotów mijających nas w powietrzu… szczególnie podobała mi się mijanka z A320 Aeroflot`u. Przelecieliśmy pod nim, pod kątem prostym, dosyć blisko, prawie dało się odczytać REG. Pięknie było widać tworzące się „smugi”. Szkoda, że nie przez wszystkie szyby samolotowe da się zrobić dobre zdjęcie... Jeszcze kilka mijanek i zaraz schodzenie do lądowania na wielkim Heathrow.

Pogoda w Londynie była niezbyt przyjazna, zachmurzenie jakieś 7/8 gdzieniegdzie słońce przebijało się przez wysoko zawieszone, wyjątkowo ciężkie, ołowiane chmury. Wyglądało to nawet fajnie, co chwila niektóre części Londynu rozbłyskały jasnością i żywymi słonecznymi kolorami. Nie padało, chociaż znając Londyńską pogodę nie zdziwiłbym się jakby zaraz spadł śnieg.

Lądowanie jak przystało na polskich pilotów, bez zarzutu, delikatnie i swobodnie.

Zawsze kiedy podróżuję samolotem zastanawia mnie fakt śpieszenia się pasażerów do zamkniętych jeszcze drzwi. Ludzie gdzie Wy idziecie!? Przecież to jeszcze potrwa! Samolot opróżnia się z pasażerów odwrotnie niż się zapełnia - ci z ostatnich rzędów wyjdą ostatni bo przecież nie przefruną nad całą resztą, która już tłoczy się z przodu.

 

Czytając gazetę czekałem spokojnie, aż zrobi się luźniej w naszym 737, i będę mógł spokojnie wysiąść. Nigdzie się nie śpieszę, co prawda samolot nie zaczeka ale mam do niego jeszcze ponad cztery godziny – wystarczy na zwiedzenie terminala i zakupy na „bezcłówce”. Wystarczy też na szwędanie się po terminalach i podziwianie wielkich maszyn przewoźników, którzy do Polski nie latają. A340 Emirates oraz Virgin Atlantic zawsze robią na mnie duże wrażenie. Malowanie Virgin`a należy do moich ulubionych, skromne i proste ale mające to coś w sobie, co sprawia, że człowieka ciarki przechodzą.

 

Kolejne maszyny przylatywały i odlatywały a czas leciał dosyć szybko. Szkoda tylko, że było ciemno a mój statyw leżał sobie spokojnie i odpoczywał gdzieś w bagażu głównym. No ale cóż nie można mieć wszystkiego. Zdjęcia z „ręki” to nie to samo, zwłaszcza, że przydałoby się czymś zasłonić odbijające się od szyby światło z wnętrza terminala, a tu wolnej ręki brak. Zmęczony postanowiłem wolno udawać się w stronę gate`u. Niezły kawałek przeszedłem. Dobrze, że są te ruchome chodniki gdzie idąc normalnym tempem „biegniemy” względem ścian i innych pasażerów którzy mają więcej czasu, lub siły w nogach.

 

Przy boarding`u niespodzianka - popsuł się system nagłaśniający, kobieta, która „udawała” megafon miała na szczęście donośny głos i jej doświadczenie robiło swoje. Uwinęła się z wszystkimi bardzo szybko. Miałem szczęście. Jak odbierałem kartę pokładową były jeszcze miejsca przy oknie. Może tutaj uda się coś ciekawego ustrzelić w powietrzu, co prawda nie dziś bo już noc nad Europą ale może w dalszej części lotu. Może coś podczas lądowania w Hong Kongu. 744 jest dużo większy niż 734 którym leciałem z Warszawy. Jest też więcej miejsca na nogi. A miejsce w rzędzie pięćdziesiątym siódmym gwarantowało szybką dostawę jedzenia i napojów z kuchni obok.

W fotelu system multimedialny, który zapewniał rozrywkę w czasie dwunasto-godzinnego lotu do Chin. Oprócz 300 filmów do wyboru, można też na bieżąco śledzić parametry lotu: prędkość, wysokość, położenie geograficzne i oczekiwany czas lądowania w Hong Kongu.

 

Krótkie kołowanie na próg pasa, i start bez zatrzymania po wjechaniu na pas. Pilot spokojnie prowadzi nas w kierunku czarnego nieba. Kilka szybkich korekt kursu i już spokojne wznoszenie na wysokość „przelotową”. Chmury przesłoniły błyskający światełkami Londyn - szkoda mógł być ładny widok. Tam na dole zaczyna się życie nocne a ja zaczynam swoją drugą część podróży.

 

Aha... coś pachnie. Będzie jedzonko! W sam raz, bo już troszkę zgłodniałem. W związku z tym, że jest to lot przez Hong Kong. Do wyboru są dwa dania. Coś w stylu Chińskim i coś bardziej europejskiego. Nie mam ochoty na ryż więc wybieram pieczone mięso z jakimś sosem. Nie było tak dobre jak „bitki” mojego taty, ale czego wymagać na 11 000 m z dala od domu. Sąsiadka, małomówna, o bardziej wschodnich rysach twarzy, wybrała wersję z ryżem. Sądząc po szybkości kursowania sztućców z talerza do ust – jej też smakowało. Kilka kieliszków dobrego Nowo Zelandzkiego wina spowodowało pożądaną senność. Obsługa samolotu też dbała o to aby pasażerowie spali. Po woli ograniczała światło na pokładzie i ludzie sami odpływali w błogi sen.

 

Za oknem piękny widok. Chmury wiszące tam w dole, nad stolicą Rosji, nie były za grube i pięknie było widać jasno pomarańczową łunę miasta. Po dwóch ,trzech minutach nie było już żadnej łuny – minęliśmy Moskwę i dalej już tylko ciemność w dole, i gwiazdy nad głową. Chwilę póżniej już tylko śniłem...

 

 „Rano” obudził mnie komunikat pilota, mówiący o tym co będzie do wyboru na śniadanie oraz przepraszający za małą awarię ogrzewania. Faktycznie, nie jestem typem zmarźlucha a opatuliłem się kocem jak w zimę. Ostre słońce odbijające się od grubej, białej, pierzyny chmur nie dawało wyglądać zbyt długo przez okno. Oczy nie wytrzymywały takiej jasności i mimowolnie wypełniały się łzami. Śniadanie pochłonąłem dosyć szybko.

Dobry, zimny, lekko kwaśny sok pomarańczowy szybko postawił mnie na nogi. Jeszcze mała kawa i już schodzimy do lądowania na sztucznie usypanej wyspie na której Chińczycy zbudowali lotnisko.

 

W Hong Kong`u pogoda iście Londyńska. Miałem wrażenie, że przyleciała za nami. Było około piętnastej (dla mojego organizmu jakaś 10 rano) a w powietrzu wisiała dosyć gęsta mgła i zdawało się, że coś zaraz spadnie z nieba. O dziwo pasażerowie nie tłoczyli się do wyjścia, prawie wszyscy czekali, aż wysiądą najpierw ci z przodu i zrobią miejsce w przejściu. Wysiadka i około godziny czekania na ponowny boarding, na pokład tego samego samolotu. To dobrze, było trochę czasu na zwiedzenie kolejnego wielkiego terminala.

 

 Największe wrażenie zrobiło na mnie oznakowanie całego terminala, dróg do poszczególnych gate`ów i punktów usługowych w strefie bezcłowej. Nawet jakby ktoś chciał to nie da się zgubić. Ten terminal zrobił na mnie jak na razie największe wrażenie. Widać, że Chińczycy pomyśleli tu o wszystkim. Hala transferowa jest duża i przestrzenna, pomimo tego iż jest w niej dosyć dużo ludzi, jest luźno. Starty i lądowania jeden za drugim, szybko topniejąca kolejka na taxiway, a to wszystko na tle pięknych gór, i wszystko jak w zegarku. Żadnych zbędnych ruchów, żadnej straty czasu.

 

Boarding odbył się jeszcze szybciej niż w LHR. Na moim miejscu czekały już na mnie świeża poduszka, koc polarowy i nowe słuchawki. Miejsce obok było puste. Wschodnia koleżanka już pewnie dotarła do swojej rodziny a ja przygotowuję się do trzeciej części lotu.

 

Dosyć długie kołowanie, z kilkoma przystankami po drodze, i wreszcie to fajne łaskotanie w żołądku podczas startu. Szybka zmiana kursu i cały czas wznoszenie. Postanowiłem od razu zmusić się do snu. Nie było to trudne, bo byłem już trochę zmęczony. Znowu miły polarowy kocyk, poduszka pod głowę, rozłożenie fotela i... sen.

Nie udało mi się przespać całej drogi do AKL. Organizmu nie da się oszukać. Obudziłem się gdzieś koło Australii. Następne 4 godziny lotu spędziłem bawiąc się systemem rozrywkowym i oglądając stary dobry „Top Gun”. W powietrzu pustki, zero ruchu... to nie to co nad Europą.

 

Tutaj słońce też nie dawało za długo patrzeć za okno... Podejście do lądowania w Auckland wykonaliśmy „oblatując” całe miasto do okoła. Można było dostrzec piękny port, całe centrum a także najwyższą budowlę na południowej półkuli – SkyTower.

Słońce mieliśmy z lewej, dzięki temu mogłem podziwiać nasz cień przesuwający się po polach pełnych białych owieczek. Lądowanie z małym przytupem, a jakże! W końcu to antypody!

 

Po dokołowaniu pod rękaw wszyscy pasażerowie sprawnie opuścili samolot a ja miałem chwile, żeby spokojnie pozwiedzać poczciwego „garbatego”. Nigdy nie sądziłem, że w biznes klasie zostaje taki bałagan! Wszędzie porozrzucane papiery, porozlewane jakieś napoje. Masakra! Zdobywszy kolejny łup zdjęciowy, udałem się do odprawy.

Pogoda była piękna, niebieskie niebo, mało chmur. U nas w Polsce słotna jesień, a tu, w październiku początek wiosny.

 

Bagaż już na mnie czekał. Po przejściu kontroli paszportowej, tutaj w Nowaj Zelandii jest jeszcze tak zwana „bio security”. Kontrola ta ma na celu niedopuszczenie do przywiezienia obcych insektów, chorób itp. na ten unikalny ląd. Urzędnicy Ministerstwa Ronictwa i Leśnictwa sprawdzają skrupulatnie czy nie ukrywa się czegoś nieodpowiedniego w bagażu.

U mnie było wszystko ok.

Tutaj powinienem udać się w kierunku terminala krajowego, wsiąść na pokład Boeinga 737 linii Air New Zealand i polecieć w stronę Wellington. Ale ja, tak jak pisałem wcześniej, mam inne plany.

 

 Po kilku dniach w Auckland i okolicach, kolejna wizyta na lotnisku. Tym razem lot krajowy. Lecimy do Dunedin. To na południowej wyspie, prawie na samym dole. Podróżujemy B737 Air New Zealand. Jest pełen. Fajny standard, dużo miejsca na nogi i wygodne fotele. Po przeszło godzinie lotu, pilot daje znać, że za chwilę będziemy mijać górę Cook`a (najwyższy szczyt w NZ). Faktycznie sam ośnieżony wierzchołek pięknie wydobywał się z chmurnej pierzyny.

 

Lądujemy w Dunedin. Tutaj zimno. Zaledwie 9 stopni na plusie. Dunedin to małe lotnisko z krótkim pasem (1900m), obsługujące rocznie około 700 000 pasażerów. Są tylko dwa rękawy i malutki terminal ale nie przeszkadza to w sprawnej obsłudze samolotu. Czas oczekiwania na bagaże to zaledwie ok. 5 min. Na lotnisku mały ruch. To nie to co HKG. Na płycie tylko nasz 737, kilka Cesn i jeden „zwijający” się Pilatus.

 

Lotnictwo w NZ to głownie małe firmy świadczące usługi dla turystów. Pole do popisu jest duże. Można pooglądać dużo ciekawych rzeczy z powietrza, zaczynając od lodowców, poprzez wieloryby, góry i na fiordach kończąc. Bardzo popularne jest też wykorzystywanie helikopterów do różnego rodzaju HELI-aktywności: helibungee, heliski, helibiking itp. Poruszając się po NZ znajdziemy dużo małych lotnisk jak i lądowisk. Koło domów czasami można spotkać „garaż” na śmigłowiec, obok zwykłego garażu na samochód. Nowozelandczycy często wykorzystują transport lotniczy. To przyjazny kraj do latania małym samolotem. Mała gęstość zaludnienia, duży obszar parków narodowych sprzyja wykorzystywaniu samolotu do podróży. Oni już dawno traktują latanie jako zwykły środek lokomocji a nie jak jeszcze my Polacy, pewnego rodzaju luksus.

Do kraju wróciliśmy jakieś 3 tygodnie później. Tą samą trasą i z tymi samymi przewoźnikami. (Air New Zealand i LOT) Pogoda w drodze powrotnej była duużo lepsza. Ładnie było widać Hong Kong, góry Azji a na Bałtyku Bornholm. Londyn też był bardziej łaskawy tylko w Warszawie było ciemno i zimno. Trzeba było znów przeprosić się z kurtką... niestety zimową.

 

Lotnictwo w NZ to głownie małe firmy świadczące usługi dla turystów. Pole do popisu jest duże. Można pooglądać dużo ciekawych rzeczy z powietrza, zaczynając od lodowców, poprzez wieloryby, góry i na fiordach kończąc. Bardzo popularne jest też wykorzystywanie helikopterów do różnego rodzaju HELI-aktywności: helibungee, heliski, helibiking itp. Poruszając się po NZ znajdziemy dużo małych lotnisk jak i lądowisk. Koło domów czasami można spotkać „garaż” na śmigłowiec, obok zwykłego garażu na samochód. Nowozelandczycy często wykorzystują transport lotniczy. To przyjazny kraj do latania małym samolotem. Mała gęstość zaludnienia, duży obszar parków narodowych sprzyja wykorzystywaniu samolotu do podróży. Oni już dawno traktują latanie jako zwykły środek lokomocji a nie jak jeszcze my Polacy, pewnego rodzaju luksus.

Do kraju wróciliśmy jakieś 3 tygodnie później. Tą samą trasą i z tymi samymi przewoźnikami. (Air New Zealand i LOT) Pogoda w drodze powrotnej była duużo lepsza. Ładnie było widać Hong Kong, góry Azji a na Bałtyku Bornholm. Londyn też był bardziej łaskawy tylko w Warszawie było ciemno i zimno. Trzeba było znów przeprosić się z kurtką... niestety zimową.

Podziel się ze znajomymi!

Komentarze Sortowane od najnowszego do najstarszego

  1. Brak zdjęcia Anomin napisał:
    2013-10-12 o 10:44

    Bardzo interesujący artykuł :)

  2. Brak zdjęcia Anomin napisał:
    2010-11-02 o 10:12

    ciekawy artykuł,sama wybieram sie następnej jesieni do NZ,więc to mi dało wyobrażenie jak cała podróż może wyglądać:)

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby:
otrzymać powiadomienie o odpowiedzi na komentarz Twój i innych. Nie wypadniesz z konwersacji.
komentarz pojawił się natychmiast na stronie
komentarz nie musiał oczekiwać na moderację
nie musieć przepisywać kodu z obrazka

Komentarze niezgodne z regulaminem oraz uznane za reklamowe usuwamy bez powiadomienia.

na górę

Podobne artykuły

My Web Domain

Blog Modowy

Zatoka Tasmana najsłoneczniejsza w Nowej Zelandii w 2016

Wycieczka Nowa Zelandia i Fiji. Dogodne połączenie lotnicze.

Przelot do Auckland z Warszawy przez Tokio z jedną przesiadką z LOT i Air New Zealand.

Bezpośredni przelot do Auckland w Nowej Zelandii z Dubaju już od 1 marca 2016.

Qatar Airways bezpośrednio do Auckland w niespełna 19 godzin.

Nowa Zelandia - Rotorua dodatkowe atrakcje.

What We Do in the Shadows na 30. Warszawskim Festiwalu Filmowym

Zobacz rycerzy z Nowej Zelandii pod Grunwaldem.

Jedź na studia doktoranckie do Nowej Zelandii.

Przezroczysta ryba w Nowej Zelandii

Wystawa Monety z Końca Świata - Australia i Oceania również z Nowej Zelandii

Konkurs z nagrodami - Nowa Zelandia tam gdzie zaczyna się dzień

Nowa Zelandia na Terra - Festiwalu Slajdów Podróżniczych 2013

Nowa Zelandia autokarem i pociagami No worries!

Czy lecąc do Nowej Zelandii przez Dubaj z Emirates potrzebna jest wiza?

Adam Mickiewicz w Nowej Zelandii

Po spotkaniu z kuchnią Nowej Zelandii.

Książka - Kuchnia Nowej Zelandii

W Nowej Zelandii żyły kiedyś olbrzymie ptaki moa o wzroście do trzech i pół metra

Konkurs Piękno Stworzenia Nowa Zelandia 2013

Bilety Nowa Zelandia z Warszawy od 4100 zł

Nurkowanie z wielorybami w Kaikoura w Nowej Zelandii.

Nurkowanie w Milford Sound w Nowej Zelandii

Nurkowanie w Nowej Zelandii

Odkryj złoto w Waihi w Nowej Zelandii

Ciekawi Świata Festiwal Kultur i Podróży Białystok 2012

Jak to Grzegorz z Nowej Zelandii przestawił nam zegarki.

Nowa Zelandia ma aż dwa z 10 najpiękniejszych na Świecie widoków z wanny wg tripadvisor.

Nowa Zelandia inauguruje przedolimpijski sezon snowboardowy 2012/2013

Kiwi. Zupełnie Nowa Zelandia - pierwszy polski multibook podróżniczy

Nad Mirror Lake w Nowej Zelandii warto się przespać.

Wędkarstwo Nowa Zelandia. Złowiono 335kg tuńczyka.

Fiordy Nowej Zelandii w rozterce.

11 lutego zaczyna się The Marlborough Wine & Food Festival

Nowa Zelandia Rotorua. Najnowsza atrakcja w Rainbow Springs. The Big Splash.

Jedyny zamek w Nowej Zelandii. Larnach Castle.

Nowa Zelandia. Strzyżenie owiec na olimpiadzie?

Bilety Nowa Zelandia za 3900 zł tylko do piątku?

Nowa Zelandia Great Barrier Island przyrodnicza atrakcja 90km od Auckland

Nowa Zelandia ma najczystszy zbiornik wodny na Świecie.

Świąteczne jarmarki w Nowej Zelandii niczym garden party.

Twizel . Brama do Mt. Cook i podobno najlepsze fish and chips w Nowej Zelandii.

Nowa Zelandia znów w czołówce miejsce gdzie żyje się najlepiej.

Najlepsze, sekretne miejsce kampingowe w Nowej Zelandii nr 1 Lake Taravera Outlet.

Moko - Maoryski tatuaż w Warszawie

Glow worms atrakcją jaskiniową a Giant Weta naziemną.

Światowa zima zaczyna się w...Queenstown

Wstajesz o piątej i żużlujesz czyli Grand Prix 2012 na żużlu zainauguruje w Nowej Zelandii.

Żużlowe Grand Prix w Nowej Zelandii?

Owca nośnikiem reklamowym w Nowej Zelandii.

Papierowa katedra w Christchurch.

Muriwai Beach czarna perła plaż na zachód od Auckland

Sobota w Coccinella septempunctata czyli niespodzianka w Biedronce.

W Christchurch znów się zatrzęsło.

Wulkaniczny pył paraliżuje Nową Zelandię.

Do 2015 roku przybędzie 200 tysięcy miejsc pracy w Nowej Zelandii.

Zarobki w Nowej Zelandii w 2010 roku

Wspierając turystykę w Canterbury można pomóc Christchurch

Gdzie można spotkać Nowozelandczyka?

Lecisz na Rugby World Cup z Quantas do Christchurch?

Christchurch po 9 dniach od trzęsienia ziemi. Ofiar będzie nawet 240 ale są też cuda.

Tydzień po trzęsieniu ziemi w Christchurch 154 ofiary śmiertelne, 240 zaginionych, 2 minuty ciszy

Czwarty dzień po trzęsieniu ziemi w Christchurch 103 osoby zginęły, 228 zaginionych.

Sytuacja w Christchurch po 36 godzinach od trzęsienia ziemi.

W Christchurch nadal są kłopoty z telekomunikacją

Trzęsienie ziemi w Christchurch - potwierdzono śmierć 75 osób

65 osób zginęło podczas trzęsienia ziemi w Christchurch

Maorysi nie oddadzą Mt Doom dla potrzeb Hobbiton.

Co bardziej niż seks lubią mieszańcy kraju Nowa Zelandia?

Najpierw rugby potem wybory

Praca Nowa Zelandia: Bezrobocie w IV kwartale 2010 wzrosło bardziej niż się spodziewano

W Wellington zarabia się najlepiej.

Katastrofy w Australii szansą na pracę w Nowej Zelandii dla wykwalifikowanych emigrantów.

Aoraki Expedition 2011. Jak to wszystko się w ogóle zaczęło?

Wystawa Te Ara - Drogi Maoryskich Przywódców zawitała do Warszawy

Prezentacja ze spotkania Nowa Zelandia - Jak praktycznie podróżować po końcu Świata

Wystawa fotograficzna Koniec Świata w obiektywie wraz z imprezami towarzyszącymi 9-15 styczeń 2011 Warszawa

Czy piekło może być nr1 na liście najlepszych miejsc na miesiąc miodowy

Nowa jet boat atrakcja w Auckland

Nowa Zelandia Ceny - listopad 2010

Nowa Zelandia bilety sylwestrowe od 4450 zł

Jedziemy do Nowej Zelandii, trzeba się ubezpieczyć tylko u kogo i za ile?

Białe szaleństwo na Mount Ruapehu

Nowa Zelandia będzie potrzebować specjalistów IT.

Nowa Zelandia przyciąga imigrantów inwestycyjnych stylem życia.

Co z gazem w Nowej Zelandii

Nowa Zelandia domem ZORBINGu

Praca Nowa Zelandia: Nowa Zelandia potrzebuje więcej wartościowych imigrantów.

Nowa Zelandia może ominąć polskie Mistrzynie Świata

Stolica Nowej Zelandii: Wellington

Komu ufa Nowa Zelandia i dlaczego cenią prostytutki bardziej od polityków

Wycieczki Nowa Zelandia: Pod żaglami Americass Cup Saling Racer

Canyon swing i bungy w Queenstown

Odkryj Nową Zelandię na nowo

Nowa Zelandia praca. Spadek bezrobocia z 7,1 do 6 procent.

Nowa Zelandia praca. Będzie więcej pracy w najbliższych 3 kwartałach.

Super szybki internet dla Nowej Zelandii i Australii z USA

ANZAC Day 2010 - Warszawa

Praca Nowa Zelandia - W Auckland zarabia się najwięcej

Praca Nowa Zelandia - Podwyżki dla finansistów i księgowych

Nowa Zelandia z Air New Zealand wygodniej bo na leżąco.

Wellywood - -teraz ten znak Cie powita w Wellington

Różnice cenowe biletów do Nowej Zelandii

Nowa Zelandia może nas nie chcieć i cofnąć z granicy.

Wiza Silver Fern do Nowej Zelandii już od 2010 roku.

Umowa Working Holiday Scheme ratyfikowana.

Praca Nowa Zelandia - kogo szuka Nowa Zelandia

Praca Nowa Zelandia - gdzie szukać pracy

Nowa Zelandia jest trzecim rajem dla emigrantów.

Praca Nowa Zelandia - Krok po kroku

Czy obywatel Polak może ubezpieczyć się na podróż w innym kraju Unii Europejskiej?

Nowa Zelandia i jej kuchnia czyli co Kiwi wkłada na ruszt.

Polska kadra narciarzy alpejskich w Nowej Zelandii bierze udział w Pucharze Kontynentalnym Super Gigant i Winter Games 2009.




Dodaj Link do NaszaNowaZelandia.pl Holidaycheck

* Serwis nie ponosi odpowiedzialności za publikowane przez użytkowników treści. Treści są własnościa Autorów. Zgłoś nadużycie Administratorowi.