Relacja z Nowej Zelandii, Nowa Zelandia, nasza nowa zelandia, trasa wyprawy, bilety do Nowej Zelandii, przelot do Nowej Zelandii, wyprawa do Nowej Zelandii

 

Jesteś tutaj: Strona główna | Nowa Zelandia Relacje | Cz. 6 - Auckland ( i okolice ) - ni to Stany ni to Chiny


Cz. 6 - Auckland ( i okolice ) - ni to Stany ni to Chiny

Dotyczy wyjazdu z 2007 roku

Dodane: 2010-03-02 | Aktualizacja: 2010-03-02


Zdjęcie Waiheke Island

Zdjęcie Waiheke Island

Po przejściu kilkuset metrów można było zauważyć potężne wpływy USA i dalekiej Azji jak np. Chiny czy Japonia. Suhi na każdym kroku i tańsze niż mięsny fastfood, na ulicach więcej Azjatów niż białych, wieżowce niczym z NYC, auta po tuningu jak z Need for Speed. Zaskoczyły mnie również niesamowicie czyste ulice. Jak na tak duże miasto to dość niespotykane.

Podziel się ze znajomymi!

Przed przyjazdem zarezerwowaliśmy pokój w hostelu YHA przy Liverpool Street równoległej do  Queen Street, jakieś 15 min spacerkiem od portu. Autobus zatrzymuje się na skrzyżowaniu Queen Street, Upper Queen Street, Grafton Bridge i Karangahape Road. W autokarze 90% osób to praktycznie sami turyści więc byliśmy prawie pewni, że ktoś z nich wysiądzie na naszym przystanku i będzie szukał tego samego hostelu. Nie myliliśmy się. Zaraz po wyjściu z autobusu dwóch chłopaków szukło drogi. Zagadaliśmy i zgadliśmy. Szukali YHA. Byli z Niemiec więc nawet miło jednak pierwsza myśl jaka przebiegła nam przez głowę to dlaczego akurat Niemcy? Nie mogliśmy trafić na Szwedów, Greków czy Hiszpanów? Cóż. Bywa. Byli jacyś tacy ciamajdowaci mimo to mili i sympatyczni. Hostel był sporym szarym budynkiem a jedynym kolorowym elementem było logo sieci.

W środku jak to w hostelu tyle, że akurat bardzo czysto. Mała recepcja z niewielkim sklepikiem. Gdyby cokolwiek było potrzebne można było mieć od ręki. Jak się później okazało to większość usług i produktów była min 50% droższa niż w najbliższych sklepikach. Takie prawo rynku. Najdroższy był u nich Internet bo z tego co pamiętam to chyba 1$ za 15 min. W kafejce, Queen Street w dół około 200m po prawej stronie w kierunku przystani, za 1$ miało się godzinę. Pokoje w hotelu były czyste jednak bardzo skromnie urządzone. Brakowało np. wieszaków lub czegokolwiek aby zawiesić ubrania. Praktycznie tylko łóżko, ale za to wygodne, metalowy wieszak z jedną półką i haczykami, bez wieszaków i małe biureczko. Widok z okna na 6 piętrze na północny wschód. Słońce w tym czasie wstawało około 4 rano. Paradoksalnie już pierwszej nocy przekonaliśmy się iż było to znaczenie za późno. Szybko wzięliśmy prysznic i zeszliśmy na dół szukać jedzenia. Śniadanie w Air New Zealand w Business Class było właśnie na miarę prawdziwych biznesmanów, jadają często i mało. My jadamy dużo i rzadko. Nasze zdziwienie było niezmierne kiedy zobaczyliśmy cenę sushi sprzedawanych w zestawach niczym zdrowy fastfood. Zestaw składający się z 5-10 kawałków z zupą kosztował na osobę około 6 dolarów. Za tą samą cenę w Polsce płaci się za 1-2 kawałków. Wtedy już wiedzieliśmy, że w warunkach miejskich będzie to nasza dieta nr.1. Pysznie, tanio i zdrowo. Na dodatek jest tam tego multum. Powodem jest niezliczona ilość azjatów mieszkających w Nowej Zelandii. Na początku miałem wrażenie iż odwiedzam Chinatown a nie Auckland, maoryskie miasto. Po skonsumowaniu naszego pierwszego kiwi lunchu wróciliśmy do hostelu i popełniliśmy błąd strategiczny. Była 12 w południe a my położyliśmy się spać kompletnie zapominając, że nasze zegary biologiczne są kompletnie rozregulowane. Nie pomyśleliśmy, że kładąc się o 12 w południe, nawet śpiąc 14 godzin, obudzimy się w środku nocy. Tak się właśnie stało. Byliśmy tak padnięci, że zasnęliśmy nieomal już w windzie a obudziliśmy się o 2 nad ranem. Ni cholery nie dało się już zasnąć. Pamiętam jak dziś kiedy siedziałem na łóżku, paliłem papierosa za papierosem i nawoływałem Słońce ale ono nie odpowiadało. Było to coś w rodzaju sztucznej bezsenności. Miałem nadzieje, że potrwa to tylko jedną noc. Myliłem się. Trwało to chyba pięć kolejnych nocy. Teraz już wiem, że należy mimo wszystko iść spać zgodnie z zegarem technicznym a nie biologiczny. Słońce wstawało leniwie, nie tak jak u nas. Myk i już jest. Tutaj trwało to wieczność. Najpierw lekkie przebarwienia na ciemnym niebie doświetlonym przez uliczne światła. Tak przechodziło w niebieskość, szarość, później nieśmiało zaczęły pojawiać się żółte przebicie aż w końcu pojawiły się ostre odbicia złotych promieni w oknach okolicznych budynków. Ufff. Udało się, wyczekałem. Poszło pół paczki. Było już sporo po czwartej. Może nawet przed piata kiedy zrobiło się zupełnie jasno. Monika była chyba bardziej zmęczona ode mnie bo przebudzała się w nocy ale jakoś udawało jej się zasnąć ponownie.  O piątej byliśmy już gotowi opuścić naszą norkę, wziąć prysznic, uszykować ekwipunek i zejść na śniadanie. O szóstej byliśmy już na dole.  Stołówka niczego sobie. Bardzo duża i czysta. Połączony malutki bufet gdzie można zamówić gotowe jedzenie przygotowywane przez babcię Maoryskę lub iść do większej części i zrobić sobie samemu, o ile miało się składniki. W kuchni pełne wyposażenie i zasady jak wszędzie. Wkłada się towar zaopatrzony w etykietkę do kogo należy jedzenie, jaki pokuj, od kiedy do kiedy zostaje, to na wypadek jeśli coś zostanie w lodówce i nie wiadomo co z tym zrobić.

Pierwsze śniadanie zamówiliśmy u babci. Nie pamiętam już co to było ale na pewno było smaczne. Po około 15 min pojawili się nasi niemieccy koledzy. Pogawędziliśmy trochę i każde z nas rozeszło się w swoją stronę. Nasze pierwsze kroki skierowaliśmy  ku centrum. Oczywista sprawa. Wyszliśmy około 6.45. Ruch na ulicach już spory czego się nie spodziewałem. Business działał jak wszędzie.

Samo miasto robi wrażenie czystego i zadbanego. Niebieskiego z czarnymi dodatkami. Na pewno nowoczesnego. Miła dla oka architektura. Połączenie czegoś na styl angielsko-amerykańskiego ze sporą nutką Hongkongu. Ładne białe kamienice a między nie wplecione wieżowce.  Z daleka bije w oczy widok Sky Tower. Można z niej skoczyć na bungy, coś ponad 300m lotu ale to nie najwyższa poprzeczka w NZ więc warto poczekać. No chyba, że skoczyć tu i gdzieś wyżej. Najpierw staraliśmy się zorientować gdzie można zrobić zakupy na jutro na śniadanie i jak działa komunikacja miejska. Dworzec autobusowy, tzw. nasza zajezdnia zlokalizowana jest zaraz przy przystani promowej dookoła wielkiego gmachu, prawdopodobnie bank ale pewien nie jestem.  Zaraz za zajezdnia znajduje się budynek przystani. Jeden z ładniejszych w mieście. Odpływa z niego kilkanaście promów wycieczkowych po okolicznych wyspach oraz po porcie.  Oferta jest bogata więc nie ma sensu wymieniać tu cen, tym bardziej, że na pewno się zmieniają. Linki do stron znajdziecie wkrótce w dziale „pomocne linki i adresy”.

Przy porcie znaleźliśmy kilkanaście fajnych lokali na wieczór. Nie byliśmy jedynie pewni czy wieczoru doczekamy i czy wcześniej nie zaśniemy. Jako pierwszy kierunek obraliśmy mała wycieczkę miejskim autobusem na plaże przez Tamaki Drive do Mission Bay. Tam spędziliśmy całe popołudnie a wracając na pieszo obejrzeliśmy przyjemny zachód słońca nad portem. Po drodze warto wstąpić do Kelly Tarlton’s Antarctic Encounter & Underowter World. Zaraz przy wejściu znajduje się przystanek autobusowy. Jak się szybko okazało, po tych pierwszych wrażeniach, jak najbardziej pozytywnych, strasznie nas zmorzyło i około 21 już byliśmy w łóżku. Następnego dnia, czyli w sobotę, pobudka troszkę później ale nadal przed Słońcem. Tego dnia wybraliśmy się na spacer i doszliśmy do Auckland Museum. Lokalizacja jest genialna, park przez który trzeba się przedostać jest po prostu cudowny. To już nie jest typowo angielski park bez drzew lub z drzewami na obrzeżach. Pełno tu wszelkiej maści drzew i krzewów o najróżniejszych kolorach i kształtach. Wszystko poukładane wg szerokich ale wkomponowanych w zieleń alejek. Szliśmy od strony Stanley St więc cały czas pod górkę. Na samym szczycie stoi monumentalny budynek muzeum. Piękny i wielki usytuowany na wzgórzu z piękną panoramą miasta. Chcieliśmy tu obejrzeć występy Maorysów ale spóźniliśmy się jakieś 15 min.  Zostaliśmy więc na lunch i trochę się zrelaksowaliśmy w późnoletnim słońcu. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Parnell prestiżową dzielnicę pełną galerii, eleganckich i wytwornych sklepów. Drewniana architektura, niska zabudowa, mnóstwo zieleni, powoli spacerujący goście, brak pośpiechu to główne cechy tego zakątka. Po drodze można zerknąć do Holy Trinity Cathedral i Old St. Mary’s Church. Jak się dobrze zorientujecie to zauważycie że kościół został przeniesiony z jednej strony ulicy na drugą. Nie pamiętam dokładnie co zrobiliśmy później ale na pewno odwiedziliśmy jedną z restauracji w przestani.

 

Kolejny dzień miał być bardzo emocjonujący bo wiązały się nim uczucia religijne. Była to bowiem Niedziela Wielkiej Nocy. Jeszcze w Londynie wpadłem na pomysł, że skoro spędzimy Wielkanoc w Nowej Zelandii, tak naprawdę pierwszy raz nie będziemy z rodziną, to wypada chociaż pójść do kościoła. No ale jak to iść do obcych? Trzeba spędzić taki dzień ze swoimi. Poszukałem więc w Internecie stronę z polską parafią w Auckland. Napisałem do proboszcza i wprosiłem się na mszę. Ksiądz odpisał, że zaprasza, msza o tej i o tej, tu i tu. Krótko i na temat. Miałem nadzieję na coś więcej np. że się cieszy iż krajanie przyjeżdżają z drugiej strony świata, 24 godziny lecą i na dodatek nie myślą o grzesznych pokusach lecz pędzą do kościoła, swojego kościoła. Cóż. „Life is brutal” a jak się okazało później „full of zasadzkas i czasami kopas w dupas”.  Poszliśmy na mszę o 10 rano. Zabraliśmy ze sobą przywiezioną palemkę wielkanocną aby jako symbol zostawić ją w kościele. Msza pełen wypas jeśli tak można powiedzieć o mszy. Skupienie, pięknie przystrojony grób Pański, wszystko pierwsza klasa. Kościół czysty, bardzo dobrze utrzymany, pełen wiernych. Na mszy taca zbierana była chyba 5 razy, gotówka się skończyła. Co kraj to obyczaj a dzielić się z bliźnimi należy. Po mszy wybraliśmy się do zakrystii aby się przywitać z księdzem i wprosić na śniadanie wielkanocne o czym nadmieniłem mu w mailu. Jakież było nasze rozczarowanie gdy ksiądz przywitał nas i jedyne co się od niego dowiedzieliśmy to tyle, że jest bardzo zajęty więc nam błogosławi i narta. Jeśli mamy ochotę na śniadanie to jutro o 10. Mieliśmy przynieść swoje sztućce i talerze. Konwersacja trwała może minutę i trzydzieści sekund po czym ksiądz zniknął a my jak te owieczki prowadzone na rzeź staliśmy z palemką która ledwo co przeżyła taką drogę. Cóż było robić. Ludzie na nas spod byka zerkają, że jakieś obce kręcą się po kościele więc wetknęliśmy palemkę w grób Pański i w drogę. Tak skończyła się nasza przygoda z Polską parafią w Auckland. Myślę, że gościnność w Polsce znacznie większa. Dziwne tylko, że z tego co mi się zdaje to księża w takich parafiach to działają jak misjonarze i dość często są wymieniani. Czyżby ten akurat odpłacił nam pięknym za nadobne odkuwając się za powitanie jakie zgotował mu ksiądz którego zmieniał? Tego nigdy się nie dowiemy. Może miał po prostu zły dzień, a może był zabiegany. Wybaczamy i prosimy o wybaczenie. Po mszy pomknęliśmy centrum na wycieczkę promem na Waiheke Island. Opcja wszystkich wycieczek po okolicy Auckland promem dostępna jest w porcie. Warto się przejść zanim się zarezerwuje przez Internet, gdyż można wybierać w przewoźnikach a ceny mogą się znaczne różnić ze względu na różnorakie promocje. Jeśli zamierzacie często zatrzymywać się w hostelach a cena i standard YHA wam odpowiada, można wyrobić sobie kartę YHA i otrzymywać zniżki na rożne usługi w tym wycieczki. Warto to jednak skalkulować bo karta i członkostwo nie jest darmowe i może się okazać, że zapłaciliśmy za gadżet którego nie użyjemy lub się nie zwróci.

 

Waiheke Island to niedaleko położona, około 35 min szybkim promem, wyspa na której główną atrakcja są winiarnie połączone czasami z niewielkimi gajami oliwnymi oraz wycieczki piesze po wyspie. Trudno powiedzieć co jest bardziej atrakcyjne. Wycieczki pozwalają zobaczyć wyspę z kilku stron, od piaszczystych plaż przez strome zbocza spadające do morza po typowe zielone wzgórza w centrum wyspy. Nie brakuje też dzikich ostępów i rezerwatów przyrody. Taki spacer to spora przyjemność jednak nie spodziewajcie się wielkich odkryć. Dokonałem tam pierwszej kąpieli. Co to za wakacje bez pływania w morzu kiedy dookoła tylko morze? Woda była już dość zimna. Miałem nadzieję na 10oC więcej, mimo to jak już się udało zanurzyć do pasa to później poszło jak po maśle. Winiarnie są duże, nawet rzekłbym bardzo duże. to już praktycznie przemysł w Nowej Zelandii. Pięknie położone na zielonych wzgórzach wyspy, często można spotkać w nich stadniny koni. W końcu jedno i drugie to prestiż. Jak się później okazało w Martinborough można spotkać dużo bardziej eleganckie winiarnie, mniej oblegane przez turystów przez co obsługa ma więcej czasu dla odwiedzających, jest mniej zabiegana i na pewno można liczyć na degustację okraszoną ciekawymi opowieściami kelnera. Na Waiheke tego nie zaznaliśmy. Warto więc zastanowić się czy budżetu przeznaczonego na wycieczkę po winiarniach w okolicach Auckland nie przeznaczyć na coś bardziej prestiżowego i bogatszego w treści merytoryczne i smakowe w centrum kraju.

Mimo wszystko warto wybrać się do Waiheke Island chociażby na trening nóg jaki przyda się przed dalszymi wojażami po kraju a będzie gdzie chodzić. Aby przejść całą wyspę dookoła potrzeba całego dnia. Mniej zorganizowanym turystom ofertowane są w porcie, zaraz po wylądowaniu na wyspie, wycieczki krajoznawcze w rożnych opcjach. Można również wypożyczyć rower, auto, skuter, wybrać się na wyprawę kajakami, pouczyć się windsurfingu a nawet wybrać się na paintball . Najlepszą opcją zwiedzenia wyspy wydała nam się jednak opcja buspass’a który pozwala wsiąść i wysiąść z autobusu gdzie nam się podoba. Czasami trzeba poczekać na transport na przystanku jednak nikomu się przecież nie spieszy do biura a widoki i otoczenie natury rekompensuję 5 czy 10 min czekania.

 

Po powrocie do Auckland, wieczorem wybraliśmy się do Dovenport na kolacje. Trochę żałowaliśmy, że tak późno bo to przyjemne miejsce i nie tak zatłoczone jak centrum Auckland. Można tam odpocząć dobrze zjeść, napić się spokojnie piwka. Ponieważ było już późno a my strasznie zgłodnieliśmy, szybko poszukaliśmy restauracji. Jedzenie nie było rewelacyjne ale jak każdy wie, pośpiech nie jest dobrym doradcą. Po kolacji zrobiliśmy kilka nocnych zdjęć miasta i wróciliśmy do hostelu.

 

Poniedziałek Wielkanocny. Dzisiaj urodziny Misiaka. W tak szczególny dzień trzeba szczególnych atrakcji. W prezencie otrzymała koszulkę przygotowaną specjalnie na okazję wyjazdu do NZ. Dzień spędziliśmy na szczycie wygasłego wulkanu Mt Eden. Rozciąga się z niego piękny widok na miasto. Praktycznie można stąd je zobaczyć z każdej strony. Widać z niego np. to iż takich wygasłych wulkanów w Auckland i okolicach jest kilkanaście. Gdzie by nie spojrzeć widać porośnięte stożki wystające z miejskiej zabudowy. Jedyne co odstrasza od przyjazdu na Mt Eden to gigantyczne wycieczki dowożone na szczyt autokarami. Turystami są w większości Azjaci. Lubią zwiedzać kraje z perspektywy autokaru. Przywozili ich na szczyt, wysadzali na 5 min, dokonywali ceremonii pstryknięcia kuku fotek i wracali do autokaru. Nawet nie obchodzili krateru dookoła. Po kilku godzinach wylegiwania się na trawce brzuchem do góry poszliśmy świętować Moniki urodziny. Jak się szybko okazało nie za bardzo było gdzie. W Nowej Zelandii, drugiego dnia Wielkiej Nocy jaki i w żadne inne święto, nie da się w polski sposób świętować urodzin. Dlaczego? Bo panuje prohibicja! Chcieliśmy to uczynić w restauracji na Sky Tower. Najpierw obejrzeliśmy miasto o zachodzie słońca. Wszystko wygląda zupełnie inaczej bez widoku wielkiej wierzy, symbolu miasta. To takie samo uczucie jak wjechać na PKiN w Warszawie  i szukać go na horyzoncie. W Warszawie mamy jeszcze historyczny hotel Novotel czy Marriott, dzięki czemu jest się do czego odnieść. Auckland bez Sky Tower to nie Auckland. Po obejrzeniu miasta poszliśmy do restauracji i jakież było nasze zdziwienie kiedy kelner oznajmił, że nici z wina i piwka. Zapytałem dlaczego? Ponieważ za to grozi kara dziesięciu tysięcy dolarów dla lokalu i dwóch dla klienta. Poprosiłem więc aby od razu wystawił rachunek na piętnaście tysięcy i będzie po sprawie. Opcja nie przeszła. Szybko się więc zwinęliśmy i ze zrzedniętymi minami pomknęliśmy w stronę hostelu. Po drodze, zupełnie przypadkiem znaleźliśmy ciekawą japońska restaurację. Weszliśmy i okazało się, że jak się chce to można. Niektóre lokale miały koncesję na sprzedawanie alkoholu ale tylko podawanego z daniami. Byliśmy głodni tak czy owak więc wieczór tak naprawdę dopiero się zaczął. Co prawda lokal był tak zatłoczony, że zostały tylko miejsca przy barze ale co tam, darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Jedzenie okazało się rewelacyjne, japońskie lody jeszcze lepsze a uroków wina i piwa nie muszę nikomu przedstawiać. Około północy wróciliśmy do pokoju. Nasze zegary biologiczne dzięki temu miłemu wieczorowi nareszcie się ustawiły. Nie poszliśmy spać o 18 czy 20 lecz o 1 w nocy. Wszystko wracało do normy.

 

Wtorek zapowiadał się ekscytująco. Zamiarem było wypożyczenie campervana i wyjazd z miasta. Niestety. Wszystkie campervany w mieście zostały wypożyczone i pierwszy mogliśmy mieć za tydzień. Było więc trzeba wypożyczyć normalną brykę. Wybór też nie był wielki. Najpierw trafiliśmy do jakiegoś garażu przy Stalnley Street naprzeciwko University od Auckland. Niech Bóg was broni żeby korzystać z takich ofert. Auta zdezelowane a oferty przedziwne, do tego jakieś dziwne opłaty gdyby się coś stało etc. Obok była inna, bardziej ludzka wypożyczalnia - Omega. Tam wypożyczyliśmy naszego Nissana.  Pani z obsługi okazała się mieć polskie korzenie ale już tak dalekie, że bardziej była Nowozelandką niż Polką. Otrzymaliśmy nawet specjalną zniżkę mimo iż ceny i tak były atrakcyjne. Wybraliśmy opcję ekonomiczną. Zresztą taka nam poleciła. Samochody z innych klas wcale się nie różniły od naszego, no może poza mini-vanami a różnica w cenie była znaczna. Pełne ubezpieczenie w cenie, oczywiście koszt napraw spowodowany jazdą po bezdrożach nie przeznaczonym do jazdy jak np. Ninety Miles Beach pozostaje po naszej stronie. Ale przecież wypożyczając samochód nikt nie nastawia się na to aby go uszkodzić. Zaraz po wypełnieniu dokumentów poszliśmy obejrzeć nasze cudo, zaznaczono na umowie miejsca gdzie samochód miał zadrapania lub jakiekolwiek uszkodzenia abyśmy my nie ponosili za to konsekwencji. Auto należy sprawdzić solidnie i obsługa nie ma o to pretensji a wręcz przeciwnie. Obydwie strony pozbywają się w ten sposób kłopotów podczas oddawania samochodu. Zaraz po tym, podpisaliśmy umowę i otrzymaliśmy kluczyki. Auto było zatankowane do pełna i takie należało zwrócić. Długo zastanawiałem się jaka opcja jest lepsza. Czy auto zatankowane do pełna czy prawie puste, a może zatankowane do połowy? Wyszło mi iż najlepszą opcja jest dostać samochód zatankowany do pełna. Nie trzeba się wtedy martwić ostatniego dnia ile wlać do baku. Po prostu leje się do pełna na stacji zlokalizowanej najbliżej biura i po kłopocie. sd

Po odbiorze auta przygody się zaczęły. Nigdy nie prowadziłem automatu. Nigdy nie prowadziłem auta z kierownicą po prawej stronie. Największy szok przeżyłem kiedy musiałem wyjechać z bramy w jakiej stało auto. Rozumiałem, że są dwa pedały, gaz i hamulec, ale jakoś mój mózg podświadomie się wzbraniał przed tak niegodną myślą. Przecież po bożemu jest mieć trzy pedały! Tak więc nieświadomie noga ze sprzęgła którego nie było spadała mi na hamulec przez co nasz rozruch musiał wyglądać przekomicznie. Skakaliśmy jak żaba, jednocześnie wciskałem gaz i hamulec! Po jakiejś minucie udało się. Opanowałem brykę ale nie było łatwo. Wyjechaliśmy na ulicę i kolejny szok. Jadę pod prąd! To był najtrudniejszy element. Czułem się jak zaszczuty kocur. Starałem się uciec jak najszybciej z pola widzenia, gdzieś w mała uliczkę żeby nikt mnie nie widział, gdzieś gdzie nie ma kompletnie żadnego ruchu ulicznego.  Taki zjazd z czteropasmowej ulicy był dopiero jakieś pięćset metrów przed nami! Trwało to całą wieczność zanim tam dojechaliśmy a żabich skoków nie brakowało. W końcu udało się. Zjechaliśmy w boczną uliczkę gdzie powoli przywykłem po której stronie mam się trzymać i cały czas powtarzałem sobie: „Jak nie ma samochodów na drodze to KEEP LEFT!”. Kiedy auta były przede mną nie było kłopotu, po prostu trzymałem się innych. W taki oto sprytny sposób wyjechaliśmy z miasta na autostradę. Przygody w Auckland zakończyły się a zaczęła się przygoda we wspaniałej Nowej Zelandii.

Podziel się ze znajomymi!

Komentarze Sortowane od najnowszego do najstarszego

  1. Brak zdjęcia Anomin napisał:
    2010-04-23 o 16:04

    WITAM !!! Też zwiedzałem NZ .Chce Wam powiedzieć ,że w tym czasie gdy byliście w Auckland w Kościele katolickim zmienił się ksiądz, Polonia go nie polubiła .My trafiliśmy /1997r./na poprzedniego księdza ,który byl wspaniały.Dostaliśmy zaproszenie na śniadanie do domu polskiego który jest przy Kościele .Polonia NZ bardzo się cieszy gdy ktos z Polski odwiedza NZ.Wielka szkoda ,ze nie rozmawialiście z ludźmi na pewno by was serdecznie ugościli Pozdrawiam.

    • Redakcja napisał:
      2010-04-23 o 16:25

      Miałem nadzieję że chociażby z racji tego że cały świat przejechaliśmy z palemką na Wielkanoc to ktoś ten gest doceni, cóż nie udało się. Trochę też czułem jakby ludzi na nas niebyt przychylnie patrzyli właśnie przez to że ksiądz potraktował nas dość oschle więc woleliśmy jako obcy się usunąć i poszliśmy swoją drogą. Ale też nie ma co tego demonizować, może akurat miał gorszy dzień, my też nie jesteśmy też tacy żeby się ludziom pchać z butami dlatego jakoś nie przeżywam tego jako porażki a ludzie na pewno są mili, w końcu to nasi :)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby:
otrzymać powiadomienie o odpowiedzi na komentarz Twój i innych. Nie wypadniesz z konwersacji.
komentarz pojawił się natychmiast na stronie
komentarz nie musiał oczekiwać na moderację
nie musieć przepisywać kodu z obrazka

Komentarze niezgodne z regulaminem oraz uznane za reklamowe usuwamy bez powiadomienia.

na górę


Zapisz się i Ty i zgarnij super niezpodziankę!



Holidaycheck

* Serwis nie ponosi odpowiedzialności za publikowane przez użytkowników treści. Treści są własnościa Autorów. Zgłoś nadużycie Administratorowi.