Relacja z Nowej Zelandii, Nowa Zelandia, lot do nowej zelandii, przelot do nowej zelandii, nasza nowa zelandia, trasa wyprawy, bilety do Nowej Zelandii, przelot do Nowej Zelandii, wyprawa do Nowej Zelandii

 

Jesteś tutaj: Strona główna | Nowa Zelandia Relacje | Cz.4 - 24 godziny jak sardynki w puszczce


Cz.4 - 24 godziny jak sardynki w puszczce

Dotyczy wyjazdu z 2007 roku

Dodane: 2010-03-02 | Aktualizacja: 2010-03-02


Klasa ekonomiczna jest idealna dla portfela. Portfel jest niewielki, szczupły gdyż pełen plastiku a nie makulatury, nie wymaga wiele miejsca, spokojnie może podróżować na fotelu w klasie ekonomicznej. Człowiek natomiast stworzony jest do podróżowania w pierwszej klasie, potrzebuje więcej miejsca i komfortu. Dlaczego więc podróżujemy w klasie ekonomicznej? Bo mama zawsze powtarzała, żeby nigdy, nigdzie nie zostawiać portfela samego!

Podziel się ze znajomymi!

Po dostaniu się na nasze miejsca, załadowaliśmy nasze niemałe podręczne plecaki do luku bagażowego i już wtedy wiedzieliśmy, że z jednym będzie kłopot. Mianowicie z naszymi kreteńskimi, nie mylić kretyńskimi, kapeluszami. Słomkowy kapelusz ma to do siebie, że łatwo ulega deformacji, czego nie przewidzieliśmy. Trzymaliśmy je od naszego wyjazdu, na Kręte w czerwcu 2006. Obietnica została złożona, będą z nami jeździć tak długo jak długo wytrzymają.   Wyglądało na to, że ich kres był już, blisko ale, że jestem strasznie sentymentalny to starałem się dbać o nie jak się tylko dało. Kolejną mała miną w naszym bagażu okazała się palemka, jaką chcieliśmy koniecznie zabrać do księdza Edzia z Auckland. Jeszcze przed wyjazdem postanowiłem, że skoro w Auckland będziemy na Wielkanoc to trzeba iść na Rezurekcję. Znalazłem w Internecie stronę polskiej parafii i nawiązałem lakoniczny kontakt z jej proboszczem. Teraz trzeba było tylko dowieźć dar, palemkę. Ciekawe czy się ucieszy? O tym będzie dalej.

Nasze miejsca znajdowały się w 3 ćwiartce samolotu od końca. Dobrze wiedzieć, że najlepiej jest zajmować miejsca przed skrzydłami i o taką rezerwację prosić w biurze linii lotniczych lub biurze podróży gdzie rezerwuje się bilety. Hałas jest wtedy znacznie mniejszy lub prawie go nie ma. Dlaczego? Ponieważ dźwięk z silników leci tak jak powietrze, czyli jest wypychany do tyłu. Siedzący z przodu raczej nie mają szans go usłyszeć, bo samolot leci od 700-800km na godzinę. W samolocie Kto by pomyślał, że fizyka z podstawówki może się przydać podczas podróży w wygodnym fotelu wielkiego samolotu?

Tak, więc jak już wspomniałem zajęliśmy miejsca w rzędzie przy oknie. Rzędy boczne miały po 3 siedzenia a rząd środkowy 4. Obok nas siedział angielski astronom, który razem z kumplami wybrał się do Australii na 7 dniowe podglądanie nieba. Spokojny jegomość, który raczej nie przeszkadzał podczas lotu.

Zasiedliśmy w naszych, jak się jeszcze wtedy wydawało, wygodnych fotelach, rozpakowaliśmy zabawki, czyli kocyk, poduszkę, słuchawki, zestaw szczoteczkowy ( mała szczoteczka do zębów z malutką tubką z pastą), przeczytaliśmy dokładnie, jakie filmy będą serwowane podczas lotu, jak z jedzeniem etc. Każdy fotel miał wbudowany mały ekran LCD z pilotem. Zestaw multimedialny zapewniał około 15 filmów różnych gatunków, kilkanaście stacji radia, gry video klasy Comodore I czyli raczej nic w stylu PlayStation, ale jak dla najmłodszych wystarczające, programy TV typu naukowe, historyczne i oczywiście Top Gear. Nie dało się nudzić. Po około 20 min od zajęcia miejsc samolot wystartował. Start był o wiele przyjemniejszy niż małymi samolotami, jakimi lataj się z tanimi liniami a nawet rejsowymi samolotami na trasach europejskich. Delikatnie i płynnie wznieśliśmy się nad oświetlony Londyn. Żegnaliśmy go już prawie na zawsze. Mimo to jeszcze łezka w oku się nie kręciła. Przed nami przygoda, najdłuższa, jaką mieliśmy szansę dotychczas przeżyć.
Sam lot będzie trwał 24 godziny plus ewentualne zmiany.

Będąc szczerym to najbardziej obawiałem się tego, że nie wysiedzę tyle godzin na tyłku. Na moje szczęście wylatywaliśmy w nocy, więc mogłem spać. Jedyny kłopot polegał na tym, że lecieliśmy na wschód, W drodze do Bangkoku więc jasno zrobiło się już około drugiej w nocy. Słonce wędruje ze wschodu na zachód jak wszystkim wiadomo, my za to lecieliśmy mu na spotkanie a tak naprawdę to lecieliśmy w przyszłość. Kiedy w Auckland jest 10.oo i idzie się do pracy – ja nigdy nie chodziłem na wcześniejszą niż dziesiąta, w Warszawie jest 23.oo tyle, że dnia poprzedniego i idzie się spać.

Stewardesy wszystko już dawno przewidziały i po podaniu pierwszego posiłku, czyli kolacji poprosiły o zasłonięcie kurtyn na oknach i życzyły miłego sny. Ja poprosiłem jeszcze o drinka na sen i po obejrzeniu połowy filmu, którego tytułu już nie pamiętam, zasnąłem. Monika poszła w zaparte i prawie wcale nie spała. Do Bangkoku obejrzała 3 filmy. Jakieś 2 godziny przed Bangkokiem przebudziłem się i ukradkiem odchyliłem kurtynę okna. Na zewnątrz ukazał mi się piękny słoneczny dzień, lecieliśmy wtedy gdzieś nad Indiami.

Natomiast w środku samolotu zobaczyłem coś, co od razu skojarzyło mi się z filmami Hitchkoka. Cała kabina zapakowana hibernującymi ludźmi, ni to zombi ni to kosmici. Śpią w fotelach bez ruchu z maskami na oczach, niektórzy dodatkowo ze słuchawkami na uszach. Za chwile się obudzą i będą żadni krwi. Pożrą stewardesy a na końcu zjedzą pilota, po czym maszyna spanie do oceanu.

Zasnąłem. Obudziłem się jakieś 30 min przed Bangkokiem. Stewardesy już chodziły i podawały śniadanie. Wylądowaliśmy na nowym terminalu stolicy Tajlandii. Teraz czekała nas godzinna przerwa. Mieliśmy nadzieje, W drodze do Bangkoku że może dokupimy coś do jedzenia, bo śniadanie nie było wielkie a tu zaskoczenie. Na nowym terminalu a szczególnie w części transferowej brak jakichkolwiek sklepów i barów. Kompletna pustka i odludzie. Poza tym jak się zorientowaliśmy 60 minut starcza na wyjście z samolotu, przejście terminalem i powrót. Lotnisko jest potężne. Poszliśmy, więc na przechadzkę, skonsumowałem jednego fajeczka, wróciliśmy do samolotu. Teraz lot do Sydney. Kolejne kilka godzin, dziesięć czy jakoś. Straciłem rachubę. Kolejna kimka, kolejne filmy, zmiana obsługi na tajską, stewardzi bardzo kobiecy o ile rozumiecie, o co mi chodzi. W Polsce takie obiekty zwane są parasolkami i nie żebym był nietolerancyjny.

W Sydney wylądowaliśmy około 5.20 rano czasu lokalnego. Słonko pięknie wschodziło nad miastem. Widok bardzo ładny z lotu ptaka tyle, że jeszcze wtedy nie mogliśmy zlokalizować Opera House. Poza tym wydawało mi się, że ona jest tak potężna, że będzie ją od razu widać z samolotu. Cóż. Rozczarowałem się sromotnie. Żartuje oczywiście. Na lotnisku w Sydney tylko chwilka, spacer korytarzem do naszej bramki gdzie przesiądziemy się na Air New Zealand, który zabierze nas do Auckland. Ta cześć lotu będzie najkrótsza, bo tylko 2 godziny. Przyszliśmy pod bramkę. Kilka osób już się pojawiło. Do odlotu mamy około 30 min bo start będzie o 6.oo. Zostawiliśmy bagaże przy obsłudze i poszliśmy oglądać przez wielkie przeszklone ściany jak wstaje Słońce nad miastem. Widok uroczy, Sydney z lotu ptaka ale nieznaczne różniący się od wschodów w Polsce. Jak można było się spodziewać czegoś innego? Sydney z lotu ptaka W końcu to ta sama planeta. Wróciliśmy do bagaży i zaczęła się odprawa. Byliśmy jakoś piąci w kolejce. Pan z obsługi wziął nasze paszporty do ręki, spojrzał głęboko w oczy, poklikał w klawiaturę i poprosił na bok. Chyba przygody się zaczynają, pierwsza myśl, że w systemie nie ma nas na ten lot albo, że może jednak wprowadzili wizy dla Polaków a my ich nie mamy. A może ciągnie się za mną jakaś historia z przeszłości, kiedy to jeszcze jako młodzieniec przekraczałem granice z Niemcami regularnie raz w tygodni w niecnych celach. Człowiek wziął nas na stronę i powiedział:

- Państwo lecą do Auckland prawda?
- Tak, na wakacje.
- Wystąpił mały problem. Czy nie zechcieliby Państwo zająć miejsc w biznes klasie bo nie mamy już niestety miejsc w ekonomicznej? Czy nie sprawi to Państwu kłopotu?
Pomyślałem sobie: Idiota! Coś mu się pomieszało w tej australijskiej makówce od słońca albo go kangur kopnął z lewej tylnej. Przecież jak zmieniają miejsca to zawsze na gorsze a nie o 2 klasy wyżej. A może tak miejsce pilota co?!

- Nie proszę Pana. Nie ma najmniejszego kłopotu, możemy się zamienić – odpowiedzieliśmy zgodnie i z uśmiechem na razie schowanym głęboko w przełyku poszliśmy do samolotu. Po kilku metrach parsknęliśmy niczym para starych klaczy. No to mamy biznes class na 2 godziny, czas się zabawić.




Podziel się ze znajomymi!

Komentarze Sortowane od najnowszego do najstarszego

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby:
otrzymać powiadomienie o odpowiedzi na komentarz Twój i innych. Nie wypadniesz z konwersacji.
komentarz pojawił się natychmiast na stronie
komentarz nie musiał oczekiwać na moderację
nie musieć przepisywać kodu z obrazka

Komentarze niezgodne z regulaminem oraz uznane za reklamowe usuwamy bez powiadomienia.

na górę


Zapisz się i Ty i zgarnij super niezpodziankę!



Holidaycheck

* Serwis nie ponosi odpowiedzialności za publikowane przez użytkowników treści. Treści są własnościa Autorów. Zgłoś nadużycie Administratorowi.