nowa zelandia wyspa południowa, rowerem przez nową zelandię, ratowanie wieloryba, piwo w nowej zelandii, najmniejsza dyskoteka w nowej zelandii

 

Jesteś tutaj: Strona główna | Nowa Zelandia Relacje | Trans Oceania eXpedition 2012 Nowa Zelandia. Tawerny zachodniego wybrzeża.


Trans Oceania eXpedition 2012 Nowa Zelandia. Tawerny zachodniego wybrzeża.

Dotyczy wyjazdu z 2012 roku

Dodane: 2012-02-23 | Aktualizacja: 2012-02-23


Zachodnie wyrzeże Południowej Wyspy Nowej Zelandii. O czym dzisiaj? O najmniejszej dyskotece w Nowej Zelandii, sponsoringu noclegu, akcji ratunkowej wielorybiątka. Poza tym piwko, relaks i pedałowanie.

Podziel się ze znajomymi!

Zachodnie wyrzeże. Kogo byś nie zapytał o tę część Nowej Zelandii, każdy odpowie Ci że jest piękna i niesamowita. Nastawiasz się na coś wyjątkowego. Dla nas droga na zachodnim wybrzeżu zaczyna się w Westport, jednak nocleg znajdujemy w niewielkim miejscowości o melodyjnie brzmiącej Charlote.

Niewielka to mieścina, a nawet trudno nazwać ją mieściną. Dosłownie trzy ulice na krzyż, z czego jedna to główna droga numer 6 z Westport na południe. A przy niej kilka moteli i kamping, z początku wyglądający na zaniedbany, jednak o wyjątkowym klimacie, z właścicielami mieszkającymi na tyłach recepcji.


Dostaję bojowe zadanie, pozyskania piwa do kolacji. I z misją udaję się do baru sąsiadującego z kempingiem, gdzie w garażu ustawiony został wielki stół z pnia drzewa, o lśniącym lakierowym połysku, a za szklanymi stołami jest niewielka sala z wysokimi stolikami i niewielkim okienkiem, gdzie znajduje się lada.

- Czym mogę służyć? – zagaduje mnie stary barman, zaciągając tak, że tylko domyślam się co do mnie mówi.

- Oczywiście przyszedłem zaopatrzyć się w piwa do kolacji. – odpowiadam spoglądając na asortyment, gdzie widać tylko jedno piwo z kija, i lodówkę zastawioną różnymi butelkami. – Czy można szklankę wziąć ze sobą na kemping?

- Niestety nie. – odpowiada barman, uśmiechając się.

- To poproszę trzy razy Bays.

- Małe czy duże?

- Małe, potem wrócę po dolewkę. - Barman stawia butelki przede mną i zaczyna je otwierać. – proszę nie otwierać. Wezmę je ze sobą.

- Nie możesz!

- Ale dlaczego? – cały czas nie rozumiem. Może ja czegoś nie zrozumiałem.

- Nie mamy licencji na wynoszenie piwa z baru.

I tutaj lekko zdębiałem. - Jak to, nie można zakupić piwa i wyjść sobie, nawet z zamkniętymi butelkami?

- Niestety nie. Dlatego tu siedzimy. – śmiejąc się, zagaduje mnie siedzący przy stoliku, mocno już zawiany mężczyzna.

- Za bardzo tego nie rozumiem, ale to znaczy że będą musiał tutaj wrócić później.

- Zapraszamy – odparł barman i schował butelki z powrotem do lodówki.

Misja nie została wykonana i ze złymi wieściami powracam do dziewczyn, które jak tylko zobaczyły mnie bez napojów domyśliły się co się stało. To jednak nie przeszkadza nam po kolacji, powrócić do baru gdzie barman już prawie zamyka, jednak widząc nas otwiera swój niewielki przybytek.

Każdy po dużym kuflu tutejszego złotego chmielowego napoju zamawia, a barnam przysiada się do nas, stawiając swoją szklankę przed sobą.

- Pewnie nie wiecie, że to najmniejsza dyskoteka w Nowej Zelandii. Jesteśmy nawet w folderze. – i pokazuje nam niewielki rozwijany jak harmonijka kartonik, z niezliczoną liczbą, najróżniejszy miejsc. – O tutaj, to my. – bardziej niż samym folderem, jesteśmy zainteresowani wystrojem lokalu.

Niewielka kwadratowa sala, gdzie na ścianach wiszą stare gazety i foldery. Na środku kilka wysokich barowych stolików z krzesłami, a na jednej ścianie wielki plazmowy telewizor, w którym leci mecz rugby, a pod nim wieża będąca nagłośnieniem.

Nie mija chwila, a Jack prosi nas za drzwi umiejscowione przy telewizorze. Za nimi kryje się wielka sala – Tutaj organizujemy dyskoteki, ale też wesela i spotkania naszego miasteczka. Może nie jest najpiękniejsza, ale sami ją postawiliśmy. Tutaj mamy kuchnię, a tutaj małą biblioteczkę. - W efekcie naszego oprowadzania Gosia zyskuje do czytania książkę Stephen King-a „Misery”, a ja National-Geographic z sierpnia 1979 roku.

Siedząc i rozmawiając o przeróżnych sprawach natury życia w Nowej Zelandii, nagle Jack wyciąga zeszłoroczny kalendarz. Za bardzo nie wiemy z początku po co, jednak widząc jego zawartość, po prostu padamy z zachwytu.

Kalendarz, jest dziełem tutejszych panów, dość często goszczących w barze. Każdy z nich, jest mężczyzną miesiąca w jednej pozycji związanej z tutejszymi zawodami. Z tym, że w całej tej pięknej scenerii, brakuje im jednej dość istotnej rzeczy – ubrania. Całego kolorytu każdemu ze zdjęć dodaje to, iż tak zostali ustawieni w swoich pozach, iż nic sprośnego w tych zdjęciach nie ma.

Kobiety aż zapiały z zachwytu, nie tylko wychwalając sam pomysł, ale i dokładnie oglądając każdy jeden miesiąc z kalendarza. Widząc zachwyt w oczach Pań, Jack obdarowuje nas na początek ostatnim egzemplarzem, chwilę później, kiedy już opuszczamy bar udając się na mały spacer, przybiega do nas, a w ręku trzyma jeszcze dwie sztuki.

Po wielu dniach przemierzania górskich dolin, wyjeżdżamy na odcinek biegnący dosłownie nad samym morzem. Zapewne o wiele szybciej byśmy jechali gdyby nie to, że praktycznie co chwilę zatrzymujemy się na poboczu drogi, by zrobić kolejne zdjęcie. A to wielkie górskie zbocza, obsypane zielonymi drzewami, wpadają do morza. A to znowu morze wdziera się swoimi spienionymi falami na postrzępiony brzeg. Innym razem, niewielka zatoczka, w której co chwilę znajdujemy niewielkie zielone kamyki, o których wspominał nam Allan.

Kilka kilometrów dalej dojeżdżamy do rezerwatu, gdzie niezliczone formy skalne, wyglądające jak naleśniki poukładane jeden na drugim, zostały wyjedzone przez wdzierające się morze, tworząc przeróżne formy, klify, zatoczki, małe i większe baseny. Skały raz jasno brązowe, z kolejnymi płaskimi warstwami zmieniają swoja barwę na rudo-żółty, by u samej podstawy zaraz przy wodzie osiągnąć kolor pomarańczowy.

Deszcz popsuje nam całą zabawę i wygania z wyjących się ścieżek do kawiarni, zaraz przy drodze, gdzie czekając na lepsze warunki popijamy sobie kawę, wpatrując się w smugi drobnego deszczu zacinającego dokładnie w tym kierunku w jakim i my mamy się udać, dlatego też nie ma na co czekać i ruszamy dalej.

Wieczorem docieramy kilka kilometrów przed Graymouth. Nad zatoką znajduje się kemping, gdzie niezbyt życzliwa Pani, odstrasza nas i lądujemy zaraz koło plaży miejskiej w nadmorskiej tawernie.

W środku typowy barowy wystrój, na ścianach najróżniejsze reklamy piwa, automaty do gry poustawiane zaraz przy barze w kształcie „U”, nad którym wiszą nie tylko twardsze alkohole, ale i obszerne menu.

Na dobry początek trzeba skosztować kolejnych tutejszych wyrobów, ale już kilka chwil później przed nami lądują wielkie talerze Fish&Chips, będące smakową odmianą w porównaniu z naszym codzienny jedzeniem. Wszystko smażone na głębokim tłuszczu, znika z talerzy dosłownie w kilka chwil, a my w pełni najedzeni dalej delektujemy się smakiem tutejszych piw.

Nagle barmanka, dość dobrze zbudowana maoryska, woła na i chce byśmy z nią poszli. – Na brzegu jest mały waleń. Wszyscy poszli ratować go. Chodźcie, jak chcecie go zobaczyć.

Nie zastanawiając się długo, zostawiamy w połowie pełne kufle i z aparatami w rękach, niczym reporterzy ruszamy na kamienistą plaże, gdzie w falach kilkanaście metrów od brzegu, widać klęczących ludzi zaraz obok siebie, a przy nich kręcących się gapiów i psy, starające podejść bliżej, gdzie najwyraźniej ich właściciele są.

Podchodząc bliżej, widzimy niewielkiego, może 1,5 metrowej długości wodnego ssaka. Na tylnej płetwie i prawym boku, ma świeże rany. - Jest słaby i zmęczony. Już jadą ratownicy, ale trzeba go teraz trzymać, by odpoczął. – mówi klęczący, trzymający malucha, brodaty i mokry mężczyzna. – Gdzieś tutaj powinna pływać jego mama.  Próbując wypchnąć go na głębszą wodę, wycieńczony i słaby waleń, po chwili zostaje zmyty przez fale z powrotem na płytszą wodę i przewraca się na bok.

Nie wiele jesteśmy w stanie zrobić. Jedyne co, to pomagamy mężczyznom, trzymać  walenia, kiedy Ci idą chyba zadzwonić. Po niespełna godzinie przyjeżdża patrol, wyposażony w dwie deski, małe nosze i pianki. Delikatnie przenoszą go na głębszą wodę, poza strefę silnych przybrzeżnych fal, i niewielki wieloryb rusza powoli przed siebie.

Cała akcja powoduje, że w miedzy czasie słońce powoli, i na pomarańczowo rozświetla wodę na plaży, co dla nas oznacza iż trzeba zacząć myśleć o noclegu. Barmanka, pozwala nam rozbić się między tawerną, a plażą i tym też sposobem znajdujemy miłe spokojne miejsce, zaraz nad brzegiem morza Tasmana.

Poprzedni dzień, zaliczamy do jednych z najlepszych w czasie naszego pobytu. Tylu wrażeń już dawno nie mieliśmy, a przed nami jeszcze ponad 10 dni w Nowej Zelandii.

Droga z Graymouth dalej na południe do Ross, lekko odchodzi od brzegu morza i ciągnie się pomiędzy farmami, a już mniej spektakularnymi górami.

Dopiero pod wieczór, wysokie dwutysięczniki powoli wyłaniają się zza drzew, zwiastując iż za chwilę wjedziemy do krainy lodowców, do których pozostało nam jeszcze ponad 100 kilometrów, a na naszych licznikach pojawił się okrągły 1000 kilometrów do wyjazdu z Auckland.

Późnym wieczorem docieramy do Ross. Kolejnego zapomnianego miasteczka gorączki złota. Zmęczeni i lekko wyziębieni wieczornym chłodem, udajemy się do pubu Historic Empire Hotel. W środku wszędzie coś. Na ścianach stare zdjęcia z czasów złotej gorączki. Na suficie, tym razem poprzypinane banknoty z całego świata. Nad głowami też kilka strzelb i trofeów, z tutejszych jeleni. Blisko baru pali się kominek i tam też kierujemy swoje nie tylko myśli, ale i zziębnięte ręce.

Praktycznie od progu każdy nas zagaduje. Każdy wypytuje skąd jedziemy, dokąd etc. W środku za długo sami nie siedzimy przy piwach. Pierwszy zagaduje nas Harley-owiec, który akurat tutaj ugrzązł, gdyż jego maszyna odmówiła i nie dała się naprawić, a teraz czeka na znajomych, mających go stąd odebrać. Przy barze każdy nas pozdrawia, a widać iż panowie są tutaj od dłuższej chwili.

Niestety, z noclegiem jest dość ciężko. Obok tylko motel, a plaża nieopodal miasta, nie dość, że kamienista, to i niebezpieczna, co sami miejscowi nam oznajmili. W końcu trzeba coś zrobić. Decyzja - bierzemy motel. I nagle ląduje przed nami klucz. Nawet jeszcze nie ustaliliśmy finalnej ceny, czy też  iloosobowy pokój.

- A to co? – zdziwieni pytam.

- Wasz klucz do pokoju w motelu. – spokojnie oznajmia barman. - Tamten facet zapłacił.

Sytuacja nie dość, że nie typowa to jeszcze lekko krępująca. A nasz darczyńca, nawet nie myśli byśmy oddali mu pieniądze.

– Jesteście zmęczeni, a ja chce zrobić cos dobrego dzisiaj. Wielu mi dziś pomogło to i ja pomagam wam. – odpowiada Harley-owiec, zajadając wielki kawał mięsa leżący przed nim. Nie pozostaje nic innego jak tylko zakwaterować się i otworzyć rachunek.

Burbony z colą, to drink harley-owca, spłacające nasz dług. My w tym czasie sączymy piwa, siedząc razem niedaleko dającego przyjemne ciepło kominka. Brain, okazuje się on być mieszkań Auckland i pracować jako producent muzyczny. Z tysiąca pytań do nas, najbardziej zdziwiony jest słabym przelicznikiem złotówki w stosunku do nowozelandzkiego dolara. Cóż począć taki nasz los.

My nawet nie jesteśmy w stanie wypytać się jego o więcej szczegółów, bo pojawia się jego wybawca i po chwili obydwaj odjeżdżają, pozostawiając nas.

Nie mija dłuższa chwila i przysiada się do nas miły Maorys – Johny Brown.

- Czym się zajmujesz? – zadajemy pytanie.

- Pracuję dla telewizji Sky. – odpowiada dumny Johny.

I tak gawędzimy sobie, jednak cały czas nurtuje nas pytanie, co dokładnie robi nasz rozmówca – a dokładnie to czym zajmujesz się w Sky? – dopytujemy trochę nieśmiało.

- Pomagam ludziom, jak im coś nie działa. – z taką dumą opowiada o swojej pracy, że nam oczy otwierają się coraz szerzej. Przypomina nam Scotta, który prowadzi farmę. A on opowiada o tym jak pomaga ludziom, kiedy przestanie im działać telewizja. Jak poznaje nowych ludzi i jak się cieszy, kiedy widzi że mógł im pomóc.

To niesamowite, jak ludzie tutaj dumni są ze swojej pracy. I nie ma znaczenia czym się zajmują, czy to prowadza farmę, bar, naprawiają telewizje, czy prowadzą budkę grze sprzedają małże. Każdy z nich z uśmiechem opowiada o swojej pracy, a kiedy spotkasz kogoś na ulicy, to masz pewność że powie Ci „Dzień dobry”, uśmiechnie się do Ciebie, pomoże Ci jak masz problem, od tak po prostu bez zastanowienia, po prostu to zrobi. 

Podziel się ze znajomymi!

Komentarze Sortowane od najnowszego do najstarszego

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby:
otrzymać powiadomienie o odpowiedzi na komentarz Twój i innych. Nie wypadniesz z konwersacji.
komentarz pojawił się natychmiast na stronie
komentarz nie musiał oczekiwać na moderację
nie musieć przepisywać kodu z obrazka

Komentarze niezgodne z regulaminem oraz uznane za reklamowe usuwamy bez powiadomienia.

na górę


Zapisz się i Ty i zgarnij super niezpodziankę!



Holidaycheck

* Serwis nie ponosi odpowiedzialności za publikowane przez użytkowników treści. Treści są własnościa Autorów. Zgłoś nadużycie Administratorowi.