trans oceania expedition 2012, rowerem po Nowej Zelandii, wyprawa rowerowa nowa zelandia, rowery nowa zelandia, nelson, wyspa południowa nowa zelandia

 

Jesteś tutaj: Strona główna | Nowa Zelandia Relacje | TOe2012 Nowa Zelandia. Na skróty do Nelson.


TOe2012 Nowa Zelandia. Na skróty do Nelson.

Dotyczy wyjazdu z 2012 roku

Dodane: 2012-02-17 | Aktualizacja: 2012-02-17


Trans Oceania eXpedition 2012 Nowa Zelandia. W drodze do Nelson

Trans Oceania eXpedition 2012 Nowa Zelandia. W drodze do Nelson

Nasza dzielna ekipa rowerowa przemierzająca Nową Zelandię jest już na południowej wyspie. Ostatnie zmagania to odcinek górski z Pelorus Bridge do Nelson a tam DROGA ZAMKNIĘTA! Zapraszamy na kolejne przygody Trans Oceania eXpedition 2012.

Podziel się ze znajomymi!

Rano meszki nie odpuszczają. Cały czas atakują nas, jak tylko wystawiany nos poza namiot. Pod tropikiem cały pułk wojska czekający na zmasowany atak na ofiarę. Nie pozostaje nic innego, jak szybko zwinąć namioty i ruszać do Nelson. Przed nami około 30, może 35 km, jednak przed góry, szutrową drogą.
Na jednym z rozwidleń jest napis – Droga Zamknięta. ale nie widać by coś było na niej robione. Z początku spokojnie, jednak z każdym kolejnym metrem droga zaczyna wspinać się coraz wyżej, i wyżej stając się coraz bardziej stromą. Najniższe przełożenia, a nogi w jednostajnym rytmie pracują jak koła od parowozu. Każdy zlany potem wciąga swój dom do góry.
Nagle z góry słychać szum kół i dwóch rowerzystów gna w naszą stronę, szybko wyhamowując by nie wpaść na nas, w mgnieniu oka krzyczą:

- Daleka droga przed wam.

 

 

Ale co to znaczy daleka? Na razie jedziemy może 20 minut, to znaczy ile jeszcze? Jednak Ci już polecieli w dół. Jest rano, musieli tu jakoś wjechać, więc pewnie nie daleko. Jak na razie to da się jechać.

Kilka set metrów dalej, droga zamienia się w istny horror. Nie dość, że stroma to do tego jeszcze strasznie duże na niej kamieni i żwiru. Nie da się jechać i trzeba rowery prowadzić wpychając je pod górę.  Pot leje się z nas, i modlimy się by to się za chwilę skończyło. Ale nie kończy się. Nawet gdy jest niewielki kawałek w dół, ujeżdżamy 50-100 metrów i znowu pod górę.

Myślisz sobie, wycofać się? I tak nie będzie lepiej, bo za nami już dobre kilkanaście kilometrów tym odcinki pod górę, na które musielibyśmy z powrotem wciągać rowery. Idziemy, byle do przełęczy, potem będzie już z górki.
I tak pchamy się do góry, nogi się ślizgają, osuwają, a my staramy się złapać chodź skrawek przyczepności. Rowery mozolnie, lecz powoli wtaczają się pod górę, chcąc wymknąć się i osunąć w dół. Co chwila przerwa, bo inaczej nie damy rady, do tego słońce i zero wiatru.

- Kto to wymyślił? – tak retorycznie rzucam w eter.

- Ty! – pada, krótka odpowiedź. I nawet nie chcemy i mi się tego komentować. Teraz moglibyśmy analizować jak to się stało, ale po co. Dotrwajmy! Niech się tylko ta ścieżka skończy.

W końcu po przeszło pięciu godzinach wtaczamy się na przełęcz i tutaj kolejny znak – Droga zamknięta i stalowa lina przewieszona przez drogę. Co robić? Iść? Czy wycofać się? Brak odpowiedzi, i obawy że dalej będzie jeszcze gorzej. Ale dlaczego idą stamtąd rowerzyści?

- Da się tędy jechać? – zapytałem pierwszego śmiałka idącego z dołu.

- Tak. Chodź trzeba uważać.

- A jak długa jest ta trasa?

- Hmmm – spogląda na licznik – jakieś 11 km. Ale my wchodzimy – teraz spogląda na zegarek – dwie godziny.

- To idziemy – rzucam do dziewczyn.

W dół nie jest wcale łatwiej. Droga jest tak stroma że trzeba prowadzić rowery. To jakiś koszmar. Jakim cudem tutaj mają jeździć samochody z napędem na cztery koła? Lepsze pytanie: Jak syn tam tej pani przejechał to na skuterze?
Tak przez kolejne dwie godziny prowadzimy rowery, co jakiś czas wsiadając na rowery, kiedy ścieżka ma mniejsze nachylenie. Na jednym z postojów przypadkiem zauważam, że u Gosi jedna część bagażnika, jest w innym miejscu niż zwykle. Zamiast na zewnątrz ramy, to jest w środku do tego opiera się o wielotryb. Pękła śruba i cały bagażnik wyskoczył, wskazując na najmniejsze żęby wielotrybu. To mamy problem i to nie mały. O ile śruby zapasowe są to niestety ale ułamana śruba została w ramie. Na szczęście projektant przewidział jeszcze jedną parę, dokładnie takich samych otworów, nie wiele wyżej. Idealnie pasujących do zamontowania bagażnika. Operacja trwa dosłownie chwilę i można ruszać dalej.
Droga wcale się nie polepsza. Po kilku kilometrach kiedy wydaj się, że za chwilę wyjedziemy na prostą, pokazuje się jezioro, a ścieżka ostro podbija do góry i znowu pchanie. Umęczeni, przeklinamy skróty i znaczki na mapie, dziękując po cichu, że nie pada. Gdyby tu teraz chodź tylko trochę mżyło zostalibyśmy tu na zawsze, w bagnie po kolana.
W końcu pokazuje się iskierka nadziei – farma i owce, ale jest i płot, a za nim znak. Droga zamknięta, roboty, proszę jechać ścieżką rowerową. O nie, nie damy już rady, będziemy przedzierać się przez te roboty, może jakoś się uda.
I rzeczywiście kilkaset metrów niżej wielka koparka stoi na środku szutrowej drogi, a panowie zatrzymują nas mówiąc:

- Powinniście się cofnąć do ścieżki rowerowej. Tutaj nie da się przejechać.

- Ale my właśnie stamtąd jedziemy. A dokładniej za gór.

- Skąd?

- Z Perolus Bridge. Nie mamy już siły żeby się cofać. Ostatnie pięć godzin spędziliśmy na pchaniu rowerów. Nie da się jakoś bokiem tutaj przejść?   

Nie wierzą patrząc się na nas, że pokonaliśmy góry z takim bagażem, ale widać że widzą w naszych oczach zmęczenie i zrezygnowanie.

- Dobrze poczekajcie. Ale cofnijcie się.  

Wielka koparka rusza się i wycofuje znad długiego na kilkadziesiąt metrów rowu po środku drogi, odsłaniając nam niewielką przestrzeń zaraz obok. Wszyscy skupieni na nas, część pomaga nam przeprowadzić rowery po grudach ziemi.

- Tylko dalej też uważajcie. Tam jest jeszcze jedna pracująca na poboczu koparka. Jak ją zobaczycie to zwolnijcie, żeby ona i
Was zobaczyła. –przestrzega nas na pożegnanie młody kierownik tego zamieszania.  

Udało się, nie musimy się wracać. Droga szutrowa ale wydaje się być teraz idealna gdyż opada szybko w dół, a my pędzimy delektując się szumem opon wbijających się w małe kamienie.

Następna koparka też nas przepuszcza. Po około trzydziestu minutach nareszcie znajdujemy się mieście. Umęczeni, ale szczęśliwi, że przeżyliśmy. Pokonaliśmy przełęcz, na którą wybierają się tylko lekkie rowery górskie, i to też jak widać tylko nieliczne.









Podziel się ze znajomymi!

Komentarze Sortowane od najnowszego do najstarszego

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby:
otrzymać powiadomienie o odpowiedzi na komentarz Twój i innych. Nie wypadniesz z konwersacji.
komentarz pojawił się natychmiast na stronie
komentarz nie musiał oczekiwać na moderację
nie musieć przepisywać kodu z obrazka

Komentarze niezgodne z regulaminem oraz uznane za reklamowe usuwamy bez powiadomienia.

na górę


Zapisz się i Ty i zgarnij super niezpodziankę!



Holidaycheck

* Serwis nie ponosi odpowiedzialności za publikowane przez użytkowników treści. Treści są własnościa Autorów. Zgłoś nadużycie Administratorowi.