blackberry cove new zealand, agamemnon cave nowa zelandia, jaskinia agamemnon new zealand, jaskinia jeżynowa w nowej zelandii, jaskinie w nowej zelandii

 

Jesteś tutaj: Strona główna | Nowa Zelandia Relacje | Nowa Zelandia jaskinie - Jaskinia Blackberry i Agamemnon.


Nowa Zelandia jaskinie - Jaskinia Blackberry i Agamemnon.

Dotyczy wyjazdu z 2012 roku

Dodane: 2012-03-10 | Aktualizacja: 2012-03-10


Nowa Zelandia jaskinie - Jaskinia Blackberry

Nowa Zelandia jaskinie - Jaskinia Blackberry

Już się cieszyliśmy na odkrycie nowej jaskini w Nowej Zelandii gdy niedługo po tym okazało się, że nie jest tak łatwo. Mimo wszystko odkryliśmy coś czego nie zauważyli inni.

Podziel się ze znajomymi!

W sobotę 11 lutego byliśmy w Blackberry Cave (Jaskini Jeżynowej), położonej w spokojnym zakątku farmy przesympatycznych Billa i Dorothy Burnell, przy Troopers Road. Jaskinia zawdzięcza swoją nazwę temu, iż ukryta jest w gąszczu jeżyn. Torowanie drogi przez te chaszcze zajęło Mikołajowi i Johnowi, synowi farmerów, kilka godzin. Jaskinia była ostatnio odwiedzana 10 lat temu – czasu było aż nadto, żeby porządnie zarosła. Natomiast w sobotę przeżywała prawdziwy najazd. Dave z Jimem chcieli zrobić zdjęcia części jaskini nazywanej Ice Cream, gdzie znaleźć można przepiękne, śnieżno-białe nacieki oraz mini-jeziorka z kryształami. Sześciu Australijczyków zamierzało skartować jaskinię, czego nigdy nie uczynili anonimowi odkrywcy. No i wreszcie my – chcieliśmy zweryfikować możliwość zanurkowania w Zielonym Jeziorku, odkrytym w najniższym piętrze tej jaskini, które według entuzjastycznych opisów Philla aż się prosi o nurka. Czekaliśmy więc w pełnym słońcu na swoją kolej, aż będzie się dało zaznać jaskiniowego chłodu. W końcu udało się!
Okazało się jednak, że „zawsze jest inaczej, niż mogło by być”. Jeśli rzeczywiście chcemy tam zanurkować, to na pewno nie uda się tego zrobić w najbliższym czasie. Jaskinia prawdopodobnie nigdy nie była czyszczona. W związku z tym, tylko w sobotę przynajmniej dwie osoby zostały trafione sporym kamieniem. Żeby było jeszcze ciekawiej, oporęczowanie założone przez Australijczyków wołało o pomstę do nieba – naprawdę dawno nie widziałam czegoś takiego. Do transportu sprzętu nurkowego niezbędne byłoby spitowanie, które, przynajmniej w pierwszej studni, wydaje się mało realne. Po dwóch odcinkach linowych dojście do jeziorka prowadzi przez wąski, niski i mocno zamulony korytarz. Jego kształt oraz zacisk znajdujący się po drodze właściwie uniemożliwiają transport butli, które udało nam się zdobyć (80 cf). Potrzebowalibyśmy mniejsze, cztero- lub sześciolitrowe, a o to łatwo w Nowej Zelandii nie jest. Przynajmniej jak na razie nie udało się takowych załatwić. Tak sprawy się miały w sobotę.
Następnego dnia bez większego przekonania zaczęliśmy transport, jednak szybko musieliśmy się wycofać. Przy czym Adam został uwięziony na dwie godziny na dnie studni bez możliwości wyjścia, a Mikołaj stoczył heroiczną walkę z workiem podwieszonym na linie. Gdy już wszyscy ochłonęli, zaczęliśmy szukać w okolicznych chaszczach alternatywnego wejścia do Blackberry, które być może pozwoliłoby nam na ominięcie części trudności. Przy pomocy lokalnego wynalazku, przypominającego połączenie kosy z maczetą, po dość krótkim czasie Adam znalazł ciekawą dziurę, która zaczynała się sporą studnią. Obudził się w nas wszystkich na nowo zapał odkrywców i po krótkim czasie zjeżdżałamż około dwudziestometrową studnią. Na dnie jaskinia kontynuowała się ciasnym, poziomym meandrem. W rzeczony meander wpakował się zaraz potem Adam, żeby znaleźć po kolejnych piętnastu metrach miejsce, gdzie konieczny był kolejny zjazd do dużej sali. Ale w tym momencie musieliśmy odpuścić - z braku liny. Wstępnie oszacowany układ korytarzy pozwalał przypuszczać, iż jest to zupełnie inna jaskinia, a nie część Blackberry i rozentuzjazmowani nadajemy jej imię Deszczowa, bo w momencie pierwszego zjazdu zaczęło strasznie lać. Tego samego dnia, przedzierając się przez jeżynisko znajdujemy w innym miejscu alternatywne dojście do pierwszej studni w Blackberry, niejako poziom niżej. Nie rozwiązuje to jednak naszych kłopotów transportowych.

Natomiast Mikołaj z Johnem idąc w dół jednego ze strumieni znajdują kolejny otwór i studnię, o średnicy około trzech metrów. Wieczór spędzamy z gospodarzami farmy Billem, Dorothy i Johnem, których bardzo interesuje co robimy i co kryje się pod ich farmą. A kryje się naprawdę sporo ciekawego i zapewne nie tylko Blackberry, ale sporo innych jaskiń. Właściwie co kilkadziesiąt metrów jest jakiś lej i wszędzie słychać szemrzącą wodę. Sami właściciele sporo opowiadają gdzie warto jeszcze zajrzeć, słyszymy też o zapadających się pod ziemię jabłonkach w sadzie. Sama Blackberry, która dla Nowozelandczyków nie jest niczym szczególnym, w Polsce uchodziłaby za unikat i znajdowała zapewne pod ścisłą ochroną ze względu na niesamowite nacieki.
Poniedziałek spędziliśmy w Agamemnon Cave z Amerykanami i Australijczykami, natomiast do nowej, odkrytej w niedzielę koło Blackberry dziury wracamy we wtorek, i to jedynie dzięki pomocy Australijczków, którzy użyczyli nam czterdzieści metrów liny i spitownicy (nasza zdematerializowała się w nieznanych okolicznościach). W Jaskini Deszczowej, w miejscu gdzie zatrzymaliśmy się dwa dni wcześniej, ciasny i błotnisty meander otwierał się w sporą salę wysokości około dwudziestu metrów. Adam przygotował kombinowany zjazd „z natury” i jednego spita, a pierwszy na linie znalazł się tym razem Mikołaj. Po zjeździe okazało się jednak, że jest to część Blackberry. W spągu sali, którą znaleźliśmy, znajdował się ciasny meander, którego dno znajdowało się pięć metrów niżej. I to właśnie on, jak do tej pory, był znaną częścią jaskini. Aż trudno uwierzyć, że nikomu wcześniej nie chciało się po prostu popatrzeć do góry w tym miejscu, żeby zobaczyć ogromną przestrzeń otwierającą się nad głową! Trochę rozczarowani robimy jeszcze pomiary, żegnamy się z gospodarzami i udajemy na południe. Już w drodze rozważamy powrót na farmę pod koniec pobytu w Nowej Zelandii, aby sprawdzić studnię którą znalazł Mikołaj i kilka innych ciekawie zapowiadających się lejów krasowych.

Poniedziałek 13 lutego spędziliśmy z Amerykanami i Australijczykami w Agamemnon Cave. Znalezienie otworu zajęło nam sporo czasu, zwłaszcza, że Dave niekoniecznie umiał zrobić pożytek z posiadanego GPS’a. W końcu jednak znaleźliśmy wejście na skraju miejscowego buszu. Agamemnon Cave została odkryta już dość dawno, jednak dopiero trzy lata temu Australijczycy odnaleźli w jej górnym piętrze dwa boczne korytarze, dość wyjątkowe ze względu na liczne gipsowe kryształy i formy agrawitacyjne. Miejscami ściany pokryte są gęsto kryształowymi kwiatami i krzewami. Niejako „na deser”, na samym końcu nowoodkrytych ciągów, podziwiamy niesamowite, prawie metrowej długości heliktyty. Jeśli ktoś kiedyś będzie chciał się wybrać do tej jaskini to gorąco polecam. Biorąc pod uwagę, jak te unikatowe boczne ciągi w ciągu zaledwie trzech lat zostały zdewastowane przez grotołazów, czasu jest niewiele.
W drodze powrotnej przez jaskinię Mikołaj i Adam wspinali się tu i tam w nadzei na dalsze znaleziska w górnym piętrze jaskini, jednak niestety wszystkie boczne korytarze powracały do głównego ciągu. W większości miejsc, które mogłyby potencjalnie okazać się interesujące, niezbędna jest już regularna wspinaczka z asekuracją.



Podziel się ze znajomymi!

Komentarze Sortowane od najnowszego do najstarszego

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby:
otrzymać powiadomienie o odpowiedzi na komentarz Twój i innych. Nie wypadniesz z konwersacji.
komentarz pojawił się natychmiast na stronie
komentarz nie musiał oczekiwać na moderację
nie musieć przepisywać kodu z obrazka

Komentarze niezgodne z regulaminem oraz uznane za reklamowe usuwamy bez powiadomienia.

na górę


Zapisz się i Ty i zgarnij super niezpodziankę!



Holidaycheck

* Serwis nie ponosi odpowiedzialności za publikowane przez użytkowników treści. Treści są własnościa Autorów. Zgłoś nadużycie Administratorowi.