lot_widokowy_nad_ lodowcem

 

Jesteś tutaj: Strona główna | Nowa Zelandia Relacje | Szalony taniec radości na lodowcu


Szalony taniec radości na lodowcu

Dotyczy wyjazdu z 2010 roku

Dodane: 2011-06-19 | Aktualizacja: 2011-07-19


Są takie marzenia podczas podróży, których realizacja wydaje się konieczna, by podróż uznać za udaną. Co jednak zrobić, gdy cena- na przykład za wymarzony lot widokowy nad lodowcem- jest na tyle wysoka, że tylko jedno z Was może polecieć? Załamać się? Czy poszukać w zasięgu wzroku dobrej wróżki? Polecamy to drugie:)

Podziel się ze znajomymi!

D

zisiejszy dzień, od godziny siódmej rano, był mocno frustrujący  i upływał nam na porównywaniu ofert firm zabierających ludzi na loty widokowe nad lodowcami i Mt Cook’iem oraz na obserwowaniu zachmurzenia nieba.

Ceny okazują się wysokie. Najtańsza oferta to dwieście dolarów od osoby. Dodatkowo za każdym razem potrzeba minimum trzech osób, by lot się odbył, a najbliższe wolne terminy są dostępne wieczorem lub jutro rano. Niestety na jutro zapowiadają złą pogodę… Trochę zdołowani, racjonalizujemy własne marzenia i postanawiamy zadowolić się wizytą w kinie, które oferuje za dwanaście dolarów od osoby dwudziestominutowy film o lodowcach i okolicy. Siedzimy więc wciśnięci między wielką rodzinę około pięćdziesięciu Hindusów, która, jak wnioskujemy z rozmów, jest w trakcie jakieś wyjątkowej podróży — chyba poślubnej — razem z parą młodych. Niezły odjazd.

Po pięknym filmie, trochę podbudowani, ale jednak niespełnieni, postanawiamy zbierać się z typowej turystycznej dziury, pełnej kramików z pamiątkami, jaką jest Franz Jozef Glacier. Jedziemy do Fox Glacier. Po drodze podjeżdżamy do miejsca, z którego po dziesięciu minutach spaceru można dotrzeć do punktu widokowego. Mum odpoczywa w aucie, a ja decyduję się na pieszą wycieczkę. Całe dnie za kierownicą, ciągła koncentracja dają mu się we znaki.

Słońce lituje się nade mną, by subtelnie rozświetlić czubek lodowca. Sam lodowiec podobny jest do tych, które widziałam na Islandii i w Norwegii, ale jak zawsze rozczula, zachwyca i sprawia, że trudno oderwać od niego wzrok. Wokoło przekwitające drzewa z czerwonymi kwiatami i tłumy ludzi, którzy za niezła kasę zorganizowanymi wycieczkami suną na jęzor lodowca, chcąc go zobaczyć z bliska. Trochę smutne wrażenie robi informacja o tym,  o ile cofnął się lodowiec od 1750 roku.

Docieramy do Fox Glacier — kolejnej osady przyklejonej do atrakcji turystycznej, która zapewnia tylko konieczne minimum: sklep spożywczy, knajpa, stacja benzynowa, informacja turystyczna, sklep z pamiątkami i parę konkurujących ze sobą firm, oferujących loty helikopterem. Znajdujemy jedyne w okolicy pole namiotowe, na którym śpiew ptaka Tui miesza się z odgłosami kilku nieustannie latających helikopterów. Pole namiotowe jest w sąsiedztwie lodowca, ale niestety go nie widać. Na dodatek zaczyna się na zmianę rozpogadzać i chmurzyć.

Znowu marzymy o tym, by polecieć i zobaczyć to wszystko z góry. Idziemy na krótki spacer, po drodze wstępując do najtańszej firmy oferującej loty, ale nie mają już miejsc. Polecają nam wizytę w agencji po drugiej stronie ulicy. Długo medytujemy, jak zwykle w głowach licząc pieniądze i zastanawiając się, czy ich nam nie braknie, a niebo w tym czasie przechodzi różne stadia. W końcu idziemy zapytać o lot. Kobieta, obsługująca starsze azjatyckie małżeństwo przed nami, mówi nagle ku naszemu zdziwieniu i sporej ekscytacji, że można lecieć, ale natychmiast, bo to ostatni lot w tym dniu. W jednej chwili czujemy się jak przebudzeni ze snu. Miła pani tłumaczy nam, że trzeba tylko wypełnić krótki formularz i po prostu lecimy. Decyzja. Mum mówi, że wspólny lot to zbyt duże obciążenie dla naszego budżetu, żebym leciała sama, że zawsze o tym marzyłam, a on jakoś przeżyje i będzie cieszył się razem ze mną. Nie rozważamy tego długo, zresztą nie ma na to czasu, helikopter czeka, a to ostatni lot tego dnia. Wyciągamy z portfela dwieście dolarów, płacimy i nagle kobieta z biura, wskazując palcem na Muma pyta, czy on też leci. W tym całym pośpiechu, nie wiedząc co się wokół nas dzieje, mówimy: „nie, niestety nie mamy tyle pieniędzy”. Gdy starsze małżeństwo wychodzi, kobieta pyta raz jeszcze: „czy nie chcesz lecieć”? Nie wiemy, co ma na myśli. Może jazdę busem do miejsca, skąd startuje helikopter? Jesteśmy już ostro zakręceni.

Nie wierząc w to, co słyszymy, stoimy oniemiali z wrażenia, kiedy ona niczym dobra wróżka puszcza do nas oko, mówiąc, że lecimy razem, w cenie jednej osoby, tylko żebyśmy się nie przyznawali naszym współtowarzyszom lotu i szybko pędzili do busa. Nie wierzymy, ale potykając się o własne nogi, zakładamy jeszcze buty — bo to przecież lodowiec — i pędzimy przed siebie na miejsce startu. Nobliwe małżeństwo było ostatnią dwójką jakiejś poważnej wycieczki, co zapewne przysporzyło firmie taki zysk, że naszej wspaniałomyślnej „prezentowej pani” wcale nie zależało na dodatkowych dwustu dolarach.

Przez następne dwadzieścia minut wzruszenie odbiera nam mowę, zagrzewają nam się spusty w aparatach. W oczach mamy łzy szczęścia.

Zostaję ulokowana w najlepszym z możliwych miejsc w helikopterze — przy pilocie. Przede mną wielka szybka — widok panoramiczny — miejsce daje nieograniczone, doskonałe możliwości fotografowania i podziwiania.

W cenie lotu jest lądowanie na lodowcu. To już szczęście nieprawdopodobne, pomimo krótkich spodenek, lekkich butów, skaczemy jak dzieci, biegamy z radością po tym historycznym śniegu. Mum robi mi zdjęcie, które jest dla mnie kwintesencją radości i szczęścia. Jak w bajce!

W trakcie lotu w górę, jak na zamówienie, chmury stopniowo, magicznie rozstępują się, by w momencie lądowania odsłonić przed nami ten cud natury. Czujemy się jak na wymarzonym przedstawieniu. Kurtyna w górę i zaczyna się magia!

Cudowne błękitne rozpadliny o przemyślnych kształtach, w których powstały turkusowe jeziora, a wszystko otoczone kamienistymi, surowymi wzgórzami, błękitem nieba.

To wielkie, nieopisane przeżycie — moczyć swoje stopy, buty i skarpetki w tańcu radości, na jęzorze starego, poczciwego lodowca.

Pogoda była absolutnym prezentem, nie mówiąc o cenie, która umożliwiła nam przeżycie razem czegoś, na co nie moglibyśmy sobie pozwolić w normalnych okolicznościach. To były tak gigantyczne, poruszające minuty, tak doskonały, profesjonalny pilot, że gdy już byliśmy na ziemi, długo nie mogliśmy wrócić do rzeczywistości.

Ściskaliśmy żarliwie rękę naszej dobrej wróżki, mamrocząc jak mantrę słowa podziękowań. Dostaliśmy więcej, niż można sobie wymarzyć.

Idziemy spać zaczarowani, owiani obłokami nierealności, szczęśliwi i spełnieni, z poczuciem wyjątkowej opieki!

 

Więcej na temat naszej przygody w Nowej Zelandii a także w Skandynawii, Szkocji, Hiszpanii, Danii, Holandii i na Maderze można przeczytać w naszej książce "Podróże małe i duże" ( osoby zainteresowane zakupem książki  prosimy o kontakt pod adresem email: podroze.male.i.duze@wp.pl), nad którą patronat objęła Nasza Nowa Zelandia.

 

Zapraszmy na nasz fejsbukowy profil www.facebook.com/pages/Podróże Małe i Duże


 

Podziel się ze znajomymi!

Komentarze Sortowane od najnowszego do najstarszego

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby:
otrzymać powiadomienie o odpowiedzi na komentarz Twój i innych. Nie wypadniesz z konwersacji.
komentarz pojawił się natychmiast na stronie
komentarz nie musiał oczekiwać na moderację
nie musieć przepisywać kodu z obrazka

Komentarze niezgodne z regulaminem oraz uznane za reklamowe usuwamy bez powiadomienia.

na górę


Zapisz się i Ty i zgarnij super niezpodziankę!



Holidaycheck

* Serwis nie ponosi odpowiedzialności za publikowane przez użytkowników treści. Treści są własnościa Autorów. Zgłoś nadużycie Administratorowi.