Relacja z Nowej Zelandii Nowa Zelandia nasza nowa zelandia trasa wyprawy bilety do Nowej Zelandii przelot do Nowej Zelandii wyprawa do Nowej Zelandii

 

Jesteś tutaj: Strona główna | Nowa Zelandia Relacje | Cz.2 - Będzie nadbagaż ...


Cz.2 - Będzie nadbagaż ...

Dotyczy wyjazdu z 2007 roku

Dodane: 2010-02-04 | Aktualizacja: 2010-03-02


Kiedy jedzie się gdzieś pierwszy raz w życiu a na dodatek jest to koniec Świata nigdy nie wiadomo co może się przydać. Koniec Świata może jednak okazać się bardziej cywilizowany niż mogło się nam wydawać.

Podziel się ze znajomymi!

Najwięcej czasu zajęło nam chyba spakowanie całego dobytku i zorganizowanie wysyłki do Warszawy. Łącznie zebrało się około 100kg do wysłania. Trzy walizki, dwie mniejsze torby i komputer zostały przygotowane do wycieczki. Kłopot był głównie ze znalezieniem odpowiedniego przewoźnika. Wszystkie firmy, jakie nam się przytrafiały to raczej ludzie robiący coś na boku niż profesjonaliści. Zresztą takowych polskich przedstawicieli w Londynie ciężko znaleźć w jakimkolwiek zakresie. Wielkie hasła, chwytliwe slogany ale za tym poza kompletną prowincjonalnością usługi nic nie idzie. Czasami miałem wrażenie, że 90% Polaków obecnych na wielkiej emigracji XXI w. w Londynie chcę zaszczepić socjalizm i gospodarkę centralnie sterowaną rodem z 1960 roku w swoim nowym domu. Gdziekolwiek się idzie załatwić cokolwiek ludzie zachowują się niczym pani z geesu „Czego? Zajęta jestem! Przerwa śniadaniowa!”. Człowiek, który przyjechał po nasze bagaże wyglądał dość podejrzanie. Szczupły a raczej chudy, wysoki, kościsty, twarz pociągła z charakterystycznym wrogim spojrzeniem, słownictwo niewybredne, polskie przecinki to standard 70% jego wypowiedzi, tatuaże raczej z wiejskiego salonu Tatoo. Cóż, wielkiego wyboru nie mieliśmy. Oddaliśmy, co nasze, zapłaciliśmy i czekaliśmy, kiedy będzie informacja z Warszawy czy dojechało. Ponieważ było to przed Wielkanocą, „kurier” zapewnił, że zaraz po świętach będzie w Polsce. Biorąc po uwagę, że nam się z dostarczeniem nie spieszyło, gdyż i tak przez następne dwa miesiące będziemy trasie, zapewnienie było dla nas wystarczające. Jak się później okazało, nie mieliśmy szczęścia do kuriera. Poza przygotowaniem rzeczy do wysyłki zająłem się również przygotowaniem trasy. To było raczej zajęcie dla zabicia czasu niż faktyczne przygotowanie wyjazdu. Jednak przyznać muszę, że studiując przewodniki, mapy, atlasy i albumy, rysując trasę, jaką mamy jechać udzielił mi się bardzo podróżniczy klimat. Nie mówiąc już o tym, że zdobyłem całą masę ciekawych informacji o Nowej Zelandii. Tajlandie zostawiłem Monice. O Sydney, ze względu na jedynie 3 dniowy pobyt, nie myśleliśmy wcale, co będzie to będzie. Do innych obowiązków związanych z wyjazdem należały oczywiście częste wyjścia pożegnalne ze znajomymi z biura, domu i całą pozostałą gromadką znajomych wszelkiej maści. Im bliżej wyjazdu tym odwiedziny w pubie robiły się częstsze i dłuższe. Największą niespodziankę zrobiła mi ekipa z biura. Postanowili, że poza imprezą pożegnalną w Londynie zabiorą mnie do Krakowa, żeby na Polskiej ziemi powiedzieć mi „Good bye”. Na początku myślałem, że jak zawsze żartują. Na pomysł wpadli w jeden z piątkowych wieczorów przy piwku, a w poniedziałek rano, kiedy przyszedłem do biura bilety na samolot do Krakowa były już zarezerwowane. Monika dowiedziawszy się o tym szlachetnym, z serca płynącym pomyśle zaproponowała kolegom i koleżankom ze swojego biura, żeby się do nas przyłączyli. Później znajomi znajomym przekazali informację i tak zebrała się 14 osobowa ekipa. Do Krakowa lecieliśmy 18 marca popołudniu i zostaliśmy tam do poniedziałku rano. Pożegnanie w Krakowie Weekend mimo wielkich obaw minął spokojnie i bez ekscesów. Z żadnego lokalu nas nikt nie wyrzucił, Policja nas nie goniła, spożycie alkoholu, mimo, że spore nie dawało o sobie znać. Angielski kolektyw zachwycił się Polską i obiecali tu jeszcze wrócić. Dave, nasz współlokator, uznał polską kuchnię staropolską za najlepszą na świecie a bywał już w niejednym miejscu i z niejednej michy jadał. Wszystko dzięki Ani Dziedzic, która poleciła nam restauracje „Ogniem i Mieczem”. Rozrywek kulturalnych również nie zabrakło i oczywiście były odwiedziny w Oświęcimiu i Wieliczce. Oświęcim wywarł na nich największe wrażenie, bo żaden z nich dotychczas nie był w takim miejscu a jedynie słyszeli, że obozy zagłady istniały.

Podziel się ze znajomymi!

Komentarze Sortowane od najnowszego do najstarszego

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby:
otrzymać powiadomienie o odpowiedzi na komentarz Twój i innych. Nie wypadniesz z konwersacji.
komentarz pojawił się natychmiast na stronie
komentarz nie musiał oczekiwać na moderację
nie musieć przepisywać kodu z obrazka

Komentarze niezgodne z regulaminem oraz uznane za reklamowe usuwamy bez powiadomienia.

na górę


Zapisz się i Ty i zgarnij super niezpodziankę!



Holidaycheck

* Serwis nie ponosi odpowiedzialności za publikowane przez użytkowników treści. Treści są własnościa Autorów. Zgłoś nadużycie Administratorowi.