trans oceania expedition 2012, rowerem po Nowej Zelandii i Tasmanii, wyprawa rowerowa nowa zelandia, rowery nowa zelandia, tasmania, diabeł tasmański, zatoka ognia, bay of fires

 

Jesteś tutaj: Strona główna | Nowa Zelandia Relacje | Trans Oceania eXpedition 2012 Nowa Zelandia - Tasmania. Zatoka ognia.


Trans Oceania eXpedition 2012 Nowa Zelandia - Tasmania. Zatoka ognia.

Dotyczy wyjazdu z 2012 roku

Dodane: 2012-03-12 | Aktualizacja: 2012-03-12


Bay of Fires. Zatoka o bijącym po oczach białym piasku. Kempingi aż kipią od ilości ludzi. W Zatoce Ognia dzisiaj na liczniku pojawiło się 2000 kilometrów.

Podziel się ze znajomymi!

Łabędzie towarzyszą nam od kilku dni. Do tego jeszcze prawie każda jedna mieścina, rzeczka czy zajazd ma w swojej nazwie coś z łabędzia. A to Swansea, a to Little Swanport albo Swan Creek. Nie tylko nazwy, ale i same ptaki opanowały wschodnie wybrzeże. Czarne z czerwonymi dziobami, tak rzadko spotykane w naszym kraju, tutaj panują. Zaraz za miastem, na dużych rozlewiskach spotykamy steki czarnych, spokojnie i dumnie pływających łabędzi. Jest ich tak dużo, że liczebnością mogły by chyba spokojnie konkurować z gołębiami pod kolumną Zygmunta z Warszawie.
Tutaj mają swoje gniazda. Widać pływające pary łabędzie czy też tworzące się dopiero co nowe rodziny. Nic, a nic nie przeszkadza im idąca zaraz obok droga, gdzie dziesiątki, czy nawet setki samochodów dziennie podążą z południa na północ czy też w drugą stronę. Ale też mało kto zatrzymuje się tutaj. Każdy w swoim samochodzie, karawanie czy tracku gna do miasta, a one dumne żerują na wodach spokojnych i osłoniętych od porywistego, morskiego  wiatru.
Ostatnie dni nie dostarczają nam gorących temperatur. Codziennie albo straszy albo pokapuje albo po prostu pada deszcz. Do tego wszystkiego co chwilę przebieranie. Zaczyna kropić, zakładamy peleryny. Przestaje, to akurat zaczyna się podjazd, i prócz kurtki przeciwdeszczowej zdejmujemy jeszcze polary. Za chwile na zjeździe chłodny wiatr, wiejący od morza, mrozi nasze kości. I tak co chwilę się przebieramy właściwie nie wiedząc co nas czeka za zakrętem. Na tylnej sakwie przyczepiony polar, na przedniej kurtka, a na sobie oddychająca odzież.
O butach już dawno zapomnieliśmy. Nie ma sensu ich wyciągać, tylko zmokną, a w nocy i tak nie wyschną. Za chłodno i za wilgotno. Sandały sprawdzają się od dawna. Do tego krótkie spodnie. Nawet jak zmokną to szybko wyschną. A jak nie zdąży wyschnąć dzisiaj, to jutro w czasie drogi na pewno. Liczyliśmy na lepszą pogodę po ostatnich mokrych dniach na Nowej Zelandii. I proszę przyszła za nami, aż tutaj. Setki mil na zachód od wysp krańca świata.   
Na szczęście w ciągu dnia, zawsze trafia się słoneczna chwila kiedy to możemy spokojnie wysuszyć namioty. Tego samego dnia rozstawiamy je suche i chowamy się przed zimnym porywistym wiatrem, ciągnącym znad morza Tasmana. Można powiedzieć, że od momentu kiedy tylko wyjechaliśmy na wybrzeże ciągle nam on  towarzyszy. Z początku nawet pchał nasze wielkie rowery, jednak od jakiegoś czasu odwraca się. Dmuchając zimnem i wilgocią  nawiewając kolejne ciężkie szare chmury.  
Pech chyba nas prześladuje. Po odwiedzeniu Bicheno, gdzie nie znaleźliśmy małych pingwinów, które podobno odwiedzają codziennie plażę, cały dzień wiatr i deszcz towarzyszą nam na drodze. Jak tylko możemy to chowamy się, a to w barze, a to w kawiarence, nawet na stacji benzynowej. Na jednej smakujemy wyjątkowo dobrą, smażoną rybę z frytkami. Podana w styropianowym pudełku, nie dość że jest gorąca, to jeszcze bardzo dobrze usmażona na głębokim tłuszczu. Duże, soczyste kawałki świeżej ryby, otoczone niewielką ilością panierki, zatopione zostały w głębokim tłuszczu, by po kilku minutach trafiły na nasze tymczasowe talerze. Ten smak na długo zostanie w naszej pamięci. Jakaż to odmiana od puree i puszki z pseudo indyjskim jedzeniem. Ryba pozostała oleista i świeża. Jej białe, delikatne mięso rozpada się na równe kawałki, będąc ucztą bogów po tych kilometrach na wietrze i chłodzie. A może by tak jeszcze domówić kilka kawałków? Ale wtedy już nie dojedziemy do celu, a pozostało nam tak niewiele.  
Zaraz za St Helens skręcamy do miejsca uważanego za jedno z najpiękniejszych na świecie. Miejsca, które musi znaleźć się na liście odwiedzin będąc na Tasmanii. To Bay of Fire. Zatoka o bijącym po oczach białym piasku. Ciągnie się kilometrami, niewielkim łukiem, będąc otoczoną niewielkimi kępami zieleni, gdzie liczne kempingi, aż kipią od ilości stacjonujących tutaj ludzi. Dla nas to też szczególne miejsce. Dzisiaj właśnie na liczniku pojawiło się 2000 kilometrów.
Dlatego też by uczcić ten fakt nabyliśmy w mieście wino Inheritance Chardonnay produkcji Australijskiej i ochoczo zaraz po rozstawieniu namiotów, ruszamy na plażę. Porywisty wiatr, aż zdmuchuje z długich i wysokich grzywiastych fal smugę wody zasnuwając okolicę mgłą. Woda przy brzegu, aż kipi wylewając się białą pianą na zimny i mokry piasek. Każda jedna skała jaka znajduje się zaraz przy brzegu musi odpierać zmasowany atak morza, dla którego ląd stał się przeszkodą w drodze na zachód. Ciężkie, szaro-brunatne chmury, ciągną w zwartych szeregach ze wschodu, pchając wiatr i wodę.
Nie da się ustać, a co tu dopiero mówić o posiedzeniu na plaży. Zaraz obok widać kilka skał, za którymi wiatr odpuszcza swój atak. Tutaj też Chardonnay, o delikatnym, chłodnym, wyrazistym smaku dojrzewającej w australijskim słońcu winorośli wznosi się do góry by uczcić minione już kilometry. To trzydziesty czwarty dzień naszej podróży. Za nami wulkany, gorące źródła, lodowce, fiordy, poznani ludzie. Przed nami, setki kilometrów przez wielki kontynent będący jeszcze większym wyzwaniem, niż dotychczasowe zmagania. I za to też wznosimy biały Inheritance.
Tak jak wieczorem, w nocy i nad ranem, wiatr nie ustępuje. Do tego jeszcze deszcz, zamienia niewielki trakt koło namiotów w rzekę. Nie ma co siedzieć tutaj bo nic nie zapowiada tego by miałoby być lepiej. Trzeba ruszać dalej. Odbić od wybrzeża i wjechać w środek wyspy.
Długo by pisać o kolejnych podjazdach, deszczu i chłodzie, jaki zastał nas na przełęczy kilkadziesiąt kilometrów za miastem. Zziębnięci i cali mokrzy dotarliśmy do niewielkiego miasteczka Weldborough, gdzie trzy domu przy drodze stanowią całą tę metropolię, a jeden z nich to przemiły bar. W środku ogień rozpalony w kominku ogrzewa nasze wychłodzone od zimna nogi, a lokalne piwo rozgrzewa nas od środka.
-         Skąd jesteście? – pyta się nalewając piwo barman.
-         Z Polski. – jednogłośnie odpowiadamy.
-         Dźen Diobri – z uśmiechem wypowiada barman. – Jakiś czas temu pracował u mnie Polak. Chyba jakoś przez rok. Kiedy skończył pracę, zostawił mi kartkę, ze wszystkimi zwrotami, żebym nie zapomniał, czego mnie nauczył. Dobry z niego pracownik był. Ale pojechał gdzieś dalej. A wy skąd dzisiaj jedziecie?
-         Z St Helens, tzn z Bay of Fire. Ale droga dzisiaj była okropna.
-         To ostry podjazd mieliście. – lekko krzywi się, ale też patrzy na nas z małym podziwem.
-         Do tego jeszcze na górze zaczął padać straszy deszcz i zdaje się, że nie zapowiada się by miało się polepszyć. – lekko spoglądamy za okna, gdzie właśnie przechodzi kolejna fala deszczu.
-         A gdzie jedziecie?
-         Do Davenport. Tam chcemy złapać prom do Melbourne.
-         O to spory kawałek jeszcze przed wami. Ale na szczęście teraz już generalnie w dół. Najgorsze za wami. – uśmiecha się, stawiając kolejne piwo.
-         To jest jedyne pole namiotowe w okolicy? – pytamy się, bo za bardzo sami nie wiemy, czy zostać czy jechać dalej.
-         W Derby na pewno coś jest.
-         A ile to jest kilometrów?
-         Hmmm, będzie tak około 20. Ale generalnie w dół. Możecie zostać tutaj. 5 dolarów od osoby, jest prysznic, i o 6 otwiera się kuchnia.
Do zmroku jeszcze daleko, ale chyba nie ma co się męczyć. Tutaj spokojnie możemy rozstawić się, wysuszyć mokre namioty, zjeść coś na ciepło i ogrzać przy kominku.
-         Zostajemy! – oznajmiamy barmanowi.  
-         To wy przyjechaliście rowerami? – zagaduje nas młody chłopak, który właśnie wszedł do baru.
-         Tak. Właśnie postanowiliśmy tutaj zostać na noc. A Wy chyba też na rowerach? – kiedy podjeżdżaliśmy, widziałem ich jak zdejmowali bagaże z rowerów i zanosili na pole.
-         Tak. Widzieliśmy Was jak wjeżdżaliście. Bardzo stroma droga tam jest?
-         A wybieracie się w tamtym kierunku? Oj to macie ostry podjazd przed Wami, ale później już do St. Helens, cały czas w dół. Stąd do przełęczy to jakieś siedem kilometrów. – teraz to chyba dziękuję, że my jednak zrobiliśmy to w tą stronę.
-         My dzisiaj przyjechaliśmy z Braxholm, ale ostatnie kilometry podwiózł nas facet na pace. Bardzo mocno padało i już nie daliśmy rady. - w tym czasie do baru wchodzi młoda dziewczyna z dredami, uśmiechając się do nas.
-         My w tamtym kierunku jedziemy i mamy nadzieję, że będzie w dół. A wy gdzie później jedziecie?
-         Na południe w stronę Hobart. A Wy?
-         My do Davenport, a potem do Melbourne, Adelaide, Alice Springs i Darwin.
-         Przez środek? – otwiera oczy chłopak.
-         Tak dokładnie. – lekko się uśmiechamy, bo rzadko zdarza się, by ktoś tak nie zareagował.
-         To ile czasu wam to zajmie?
-         Mamy jeszcze 2 miesiące.
-         A długo już jesteście w drodze? – pyta się dziewczyna.
-         To jest nasz piąty tydzień. Przed nami jeszcze prawie dwa miesiące? A wy jak długo już jeździcie?
-         My dopiero zaczynamy. Ale chcemy pobyć tutaj tak ze dwa tygodnie. Poznaliśmy się kilka dni temu na zachodnim wybrzeżu. Ona chciała pozwiedzać Tasmanie na rowerze, ja pomyślałem że to fajny pomysł i tak ruszyliśmy. – oboje uśmiechnęli się do siebie, my za to popatrzyliśmy się na siebie, z lekkim niedowierzaniem.
-         To chyba przyda się Wam ta broszurka. Tutaj macie opisane odcinki i wysokości. My już prawie skończyliśmy, tak więc nam się już nie przyda. A wam na pewno. – rano jeszcze podarowujemy im nasz przewodnik po kempingach, który dostaliśmy od Szwajcarki. Za to chłopak, który okazuje się być kucharzem podróżującym od dwóch lat, zdradza nam turystyczny przepis na karbonare, którą w kubku, na paliku przyrządza w kilka minut. Z niedowierzaniem, wręcz tęskniąc za taką oto kuchnią, przez resztę dnia zastanawiamy się kiedy to i my zrobimy w końcu coś innego poza standardową puszką.



Podziel się ze znajomymi!

Komentarze Sortowane od najnowszego do najstarszego

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby:
otrzymać powiadomienie o odpowiedzi na komentarz Twój i innych. Nie wypadniesz z konwersacji.
komentarz pojawił się natychmiast na stronie
komentarz nie musiał oczekiwać na moderację
nie musieć przepisywać kodu z obrazka

Komentarze niezgodne z regulaminem oraz uznane za reklamowe usuwamy bez powiadomienia.

na górę


Zapisz się i Ty i zgarnij super niezpodziankę!



Holidaycheck

* Serwis nie ponosi odpowiedzialności za publikowane przez użytkowników treści. Treści są własnościa Autorów. Zgłoś nadużycie Administratorowi.