nowa zelandia fiordy, nowa zelandia doubtful sound, fiordy nowej zelandii, delfiny w nowej zelandii, foki w nowej zelandii, zwierzęta w nowej zelandii, rejs w nowej zelandii, wycieczka nowa zelandia

 

Jesteś tutaj: Strona główna | Nowa Zelandia Relacje | Trans Oceania eXpedition 2012 Nowa Zelandia. Witamy w fiordach!


Trans Oceania eXpedition 2012 Nowa Zelandia. Witamy w fiordach!

Dotyczy wyjazdu z 2012 roku

Dodane: 2012-02-26 | Aktualizacja: 2012-02-26


Nowa Zelandia i fiordy? Pierwsze skojarzenie dla każdego turysty to MIlford Sound. My jednak udajemy się do Doubtful Sound i nie żałujemy naszego wyboru. Ta atrakcja Nowej Zelandii zostanie nam na długo w pamięci.

Podziel się ze znajomymi!

Z każdym kilometrem przesuwamy się coraz bardziej na południe. Temperatury spadają i każdego dnia pada. Na szczęście dla nas tylko w nocy, a poranek oraz reszta dnia jest już sucha. Trzeba tylko codziennie suszyć w ciągu dnia namioty w ciepłym południowym słońcu. To już nie te ciepłe noce jakie mieliśmy na północy. Teraz albo zawijasz się dokładnie w śpiworze albo zakładasz czapkę, i skarpety, by przetrzymać noc i dotrwać do rana.


4:30 rano, budziki rozdzwaniają się w kieszeniach namiotów, a my musimy wydostać się z naszych kokonów, by zdążyć na 6:30 na nasz prom, który zabierze nas do Doubtful Sound, wspaniałego fiordu. Na szczęście rzadko uczęszczanego przez turystów gdyż większość jeździ do Milford Sound, by zobaczyć ten najsłynniejszy.

 

Wczoraj, kiedy dotarliśmy do Manapouri okazało się iż nie ma już miejsc na statkach na rejs o 9. Dopiero w ostatniej, największej tutejszej firmie organizującej rejsy zaproponowali nam rejs o 7 rano bez możliwości odwiedzenia elektrowni wodnej. Nie zmartwiliśmy się zbytnio, bo nie dość, że wcześniej skończymy rejs, to jeszcze spokojnie będziemy mogli przejechać kilka kilometrów w stronę Invercargill, co jest nam bardzo na rękę. Jedyne co nas zmartwiło to ta ranna pobudka, ale pani zapewniła nas, że na pokładzie mamy nieograniczony dostęp do kawy.

I rzeczywiście, kawa była. Do tego w dużych kubkach w ilości pozwalającej kofeinie nas pobudzić nas jak by nie było lekko zaspanych. Kiedy nasz statek przemierza ciemno granatowe jezioro Manapouri odbijające mleczną mgłę wiszącą pomiędzy górami my popijamy gorący, stawiający na nogi napój.

Milionami lat rzeźbione przez lodowce, wnikały coraz głębiej i głębiej, co rusz będąc zalewanymi przez wody mórz i oceanów. Dzisiaj są prawie niedostępne dla ludzi. Tylko kilka ścieżek wiedzie przez ten region. Dostać się tu dostać jedną droga od lądu lub wodą od strony morza Tasmana, i oczywiście jeszcze nad nimi czymś co lata. Wciskająca się pomiędzy góry woda morska nie miesza się ze słodką wodą wtłaczaną przez tysiące wodospadów  spływających z wysokich gór. Góry zatrzymujących prawie każda chmurę próbującą przedostać się nad tą krainą. Do tego jeszcze wilgotny bujny las, sam oddaje tumany pary wodnej, unoszącej się każdego ranka jak tylko słońce zacznie ogrzewać strome górskie zbocza. Głęboki na prawie pół kilometra fiord ma dwie warstwy wody, ciepłą słoną unoszącą się na powierzchni, oraz zimną górską, opadająca na dno.

Magiczny świat zasnutych zielonych zboczy ocierających się o błękitne lazurowe niebo, wyciąga każdego kto pod pokładem starał się jeszcze trochę zdrzemnąć. Słońce, będące tutaj reżyserem perfekcyjnie układającym kolejne sceny porannego teatru, raz oświetla zbocza, innym razem je przysłania by te stanowiły idealny kontrast dla poszczególnych planów, czy też aktorów.

Wygrzewające się na skałach będących bramą do fiordu foki, leniwie spoglądają tylko na statek, z którego dziobu strzelają w ich kierunku setki obiektywów, starających się uchwycić zaspane morskie stwory. Innym razem rozpędzony statek nagle hamuje i zmienia kurs. Z głośników słychać przewodnika, który pobudza tempo wychodzenia na pokład. Po naszej lewej burcie pokazały się pingwiny. Te jakże rzadkie okazy też za bardzo nie zwracają  uwagi na statek, będący stałym elementem ich codziennego życia. Za to dla pasażerów to nie lada atrakcja, mimo iż z wody wyłaniają się tylko małe główki, co pewien czas nurkujące. Nawet najlepsze obiektywy nie są wstanie dobrze ująć te niewielkie morskie ptaki.

Nasz przewodnik stojący cały czas w krótkim rękawku na dziobie statku, gdzie my w polarach co czas jakiś musimy chować się do środka by ogrzać się chodź troszkę, prawie bez przerwy opowiada różne historie, anegdoty, ciekawostki.
W drodze powrotnej statek nagle skręca w jedną z odnóg fiordu. Woda staje się gładsza, nie zmącona falami wiejącego od morza wiatru, który stał się bohaterem jednej z historii, o odkryciu fiordu przez James Cook-a. Opływający dookoła nowy ląd, wtedy jeszcze porucznik, wycofał się ze spokojnej wody nowo odkrytego fiordu. Zrobił to mimo wielkiego niezadowolenia zmęczonej załogi. Wiatr w fiordzie praktycznie nie zmienia się i trzeba wiedzieć że wiatry na zachodnim brzegu wyspy wieją przeważnie z zachodu. Przez to wypłynięcie staje się wtedy o wiele cięższe, szczególnie dla dużych, rejowych statków. Wpływać można w kilka godzin, a wypływać z ciasnego fiordu nawet i miesiąc.
Cook na czas wycofał się i popłynął dalej na południe, odkrywając kolejne fiordy i obierając kurs dalej na południe. Starał się znaleźć jeszcze jeden ląd jednak po pewnym czasie uznał, iż dalej już nic niema i powrócił na wschodnie wybrzeże nowej ziemi.

Nasza odnoga powoli staje się coraz spokojniejsza. Wyglądające jak zielone babki góry z jednej strony otwierają kolejne zatoczki, z drugiej zamykają za nami swoje zielone wysokie wrota. Wiatr wiejący wysoko nad naszymi głowami nie zanurza się w te rejony. W tym też momencie stajemy przed dwoma światami, będącymi dokładnym swoim odbiciem. Jedyne co powoduje iż jesteś w stanie rozróżnić, który jest prawdziwy a który nie to, że wiesz gdzie jest góra, a gdzie dół. Gdybyś stanął na rękach, mógłbyś zatracić ten punkt odniesienia i zgubić się w lustrzanych pejzażach.

W tym też momencie, statek wyłącza swoje silniki. Zapada głucha cisza. Brak warkotu silnika do którego już przywykliśmy sprawia, iż ma się wrażenie, że ktoś wyłączył głos w twoim telewizorze. Tak dryfujemy przez kilka minut. Nikt się nie odzywa, starając się wsłuchać w ciszę.  Głucha cisza trwa i tylko raz na czas jakiś słychać krótką melodię ptasiego śpiewu.
Dzień powoli rozpędza się, a mleczne obłoki znikają przez co kraina staje się mniej tajemnicza, ale też bardziej malownicza. Powoli przysypiający pasażerowie, w tym i my, budzą się na widok wyskakujących z wody delfinów. Duże, błękitne, o lśniącej skórze, wyskakują wysoko ponad lustro wody. Nie dość, że lot jest o wiele wyższy od zazwyczaj spotykanych delfinów, to do tego wszystkiego jeszcze te morskie ssaki, zaczynają kręcić piruety. Całe stado bawiące skokami przemyka kilkadziesiąt metrów od naszej prawej burty. Po chwili zniknęły w zatoce, z której przed chwilą wypłynęliśmy.
Powoli wracamy nad jezioro Manapouri. Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę na przełęczy i minutą ciszy, wraz z innymi pasażerami autobusu wiozącego nas do portu nad jeziorem, oddajemy cześć tym, którzy dokładnie rok temu 22 stycznia 2011 roku, zginęli w Christchurch w wielkim trzęsieniu ziemi.

Wspaniały Doubtful Sound znika pomiędzy górami pozostawiając niezapomniane wrażenie. Nikt z nas nie żałuje, iż nie zdecydowaliśmy się na obranie drogi na Milford Sound. Niesamowita przestrzeń, wspaniałe góry, mgły unoszące się nad zboczami, oraz tutejsza fauna zrekompensowały nam nawet poranną pobudkę. I zdecydowanie, warto było wstać tak wcześnie, bo wybranie późniejszego rejsu nie dałyby już takiego efektu, który pozostanie na długo w naszej pamięci.
Droga do Invercargill z Manapouri to już nasze ostatnie kilometry na wyspie. Jednak Nowa Zelandia tak łatwo nie daje nam dotrzeć do celu naszej drogi. Silny południowy wiatr skutecznie spowalnia nasze tempo studząc nasz zapał do przejechania dzisiejszego dnia kilkudziesięciu kilometrów zbliżając się do południowego wybrzeża.

Na zupełnym pustkowiu, zmęczeni, niewyspani, widząc czekający nas podjazd oraz chmury otulające szczyt góry na która mamy wjechać zatrzymujemy się na farmie, będącej jednocześnie hostelem dla młodzieży. Rozstawiamy namioty i korzystając z dużej ilości czasu oddajemy się błogiemu nic nie robieniu. Nikomu z nas nie chce się wychodzić na zewnątrz, gdzie stoją szargane wiatrem namioty. Do tego znowu zaczyna padać deszcz, a noc zapowiada się chłodna. Zdaje się, że jesień powoli wkracza na południe.





Podziel się ze znajomymi!

Komentarze Sortowane od najnowszego do najstarszego

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby:
otrzymać powiadomienie o odpowiedzi na komentarz Twój i innych. Nie wypadniesz z konwersacji.
komentarz pojawił się natychmiast na stronie
komentarz nie musiał oczekiwać na moderację
nie musieć przepisywać kodu z obrazka

Komentarze niezgodne z regulaminem oraz uznane za reklamowe usuwamy bez powiadomienia.

na górę


Zapisz się i Ty i zgarnij super niezpodziankę!



Holidaycheck

* Serwis nie ponosi odpowiedzialności za publikowane przez użytkowników treści. Treści są własnościa Autorów. Zgłoś nadużycie Administratorowi.