trans oceania expedition 2012, rowerem po Nowej Zelandii i Tasmanii, wyprawa rowerowa nowa zelandia, rowery nowa zelandia, tasmania

 

Jesteś tutaj: Strona główna | Nowa Zelandia Relacje | Trans Oceania eXpedition 2012 Nowa Zelandia. Pożegnanie z Tasmanią


Trans Oceania eXpedition 2012 Nowa Zelandia. Pożegnanie z Tasmanią

Dotyczy wyjazdu z 2012 roku

Dodane: 2012-04-05 | Aktualizacja: 2012-04-05


O takim pożegnaniu z Tasmania nawet nie mogliśmy marzyć. Miało być smutno i samotnie a było prawie po królewsku. Wygodne pokoje, wyśmienita kolacja i doborowe towarzystwo. Chyba zasłużyliśmy.

Podziel się ze znajomymi!

Czasem coś sobie zaplanujesz, a potem życie weryfikuje twoje plany. Tak też się stało, z naszymi planami dojechania do Davenport, gdzie mieliśmy wsiąść na prom i popłynąć do Melbourne, tym samym żegnając się z południową wyspą Australii.
W Scottsdale najpierw państwo w informacji turystycznej nie potrafili nam odpowiedzieć na zdawałoby się proste pytania i odesłali nas do pobliskiego biura turystycznego, gdzie zasiedliśmy w wygodnych fotelach, zadając proste pytanie.

 

-         Chcielibyśmy dowiedzieć się, ile będzie kosztował prom z Davenport do Melbourne i czy są bilety na jutro. – zależy nam na tym, by jutro na wieczór dojechać do Davenport i mieć czas na zwiedzanie Melbourne.
-         Poczekajcie. – odpowiedziała miła Pani, wpisując w komputer nasze zapytanie. – Na jutro? Tak są, po 220 dolarów, za miejsce w kabinie.  
-         Ile? – otwierając oczy za bardzo nie możemy uwierzyć iż dziesięciogodzinny rejs nocny będzie tyle kosztował. - A nie ma może jakiś miejsc, typu fotele?
-         Zostały tylko miejsca w kabinach. a cała reszta jest wyprzedana. Poczekajcie, na po jutrze już nie ma żadnych miejsc, może na czwartek?
-         To nam już kompletnie nie pasuje. A czy są jakieś samolotu z Lanceston, do Melbourne? – to też jest jakieś rozwiązanie, i do tego trochę bliżej.
-         Są po 89 albo 130 dolarów, zależy od godziny.
I takim oto sposobem, jedziemy teraz może trochę okrężną drogą do Lanceston, bo przez Lilydale, ale nie nadkładamy specjalnie dużo kilometrów, a do tego droga jest mniej uczęszczana, i są mniejsze góry, niż na drodze przez Targa. Tak przynajmniej twierdziła Pani w biurze podróży.
Czy ona jest rzeczywiście mniej górzysta, to trudno powiedzieć, ale do płaskich na pewno się nie zalicza. Wije się, wznosi, opada, przecinając niewielkie mieściny, będące bardziej tylko skupiskiem farm, niż czymś co można by nazwać nawet wioską. Farmy, farmy, farmy i płoty, ciągnące się kilometrami, sprawiają że jak zwykle nie ma gdzie zanocować. A do Lilydale, dzisiaj nie damy już rady dotrzeć.
Cóż, trzeba próbować u ludzi. Winnica, zamknięta. Farma naprzeciwko też. Tylko psy szczekają z daleka. A dalej podjazd. Słońce powoli zachodzi, a my na razie nie mamy perspektywy na nocleg. Jeszcze kilka kilometrów i będzie Lebrina, może tam coś znajdziemy?
Przed nią jednak jest skręt na kolejną winnicę, niestety zamkniętą. Zaraz przy drodze stoi dom, wyglądający na że tak można powiedzieć, z wyższej półki. Piękny zielony dach, ogród zadbany, przed domem owalna weranda, za domem też widać piękny trawnik. Przed domem stoi samochód, co by oznaczało że w domu ktoś jest. Cóż, wg starej naszej zasady – najwyżej odmówią.
Z domu wychodzi Pani. Niewielkiego wzrostu, z natapirowaną fryzurą. Na naszą już wyuczoną jak modlitwa formułkę, krótko opowiada – Zapytam szefa. – Właściwie, trudno powiedzieć, a może to rzeczywiście ktoś ze służby. Bo dom swoim wyglądem, znacząco oddziela się od reszty tutejszej zabudowy. Po chwili wychodzi szef. A może my przeszkadzamy w jakimś spotkaniu?
Flanelowa koszula wpuszczona w spodnie, dżinsy, ręce jeszcze nie domyte po pracy. Widać też, że już po paru piwkach. Praktycznie od ręki wskazuje nam miejsce za domem, gdzie możemy postawić namioty. I o to właśnie nam chodziło. Nie jest to może kemping, czy nawet pole namiotowe, ale przynajmniej spokojnie i nikt nie będzie przeszkadzał. Rowery możemy przyczepić do przyczepy, na której stoi łódka, a stojąca obok metalowa szopa, będzie nas osłaniać przed wiatrem.
Nie mija kwadrans, a Brain, jak się też przedstawił nam przez płot, za którego domem rozbijamy namioty, oferuje nam prysznic i toaletę, z której możemy spokojnie korzystać. Dosłownie chwilę później, do oferty zostają dodane pokoje.
-         Jeżeli chcecie, to mamy tutaj dwa wolne pokoje. Na razie nikt w nich nie mieszka. – prowadzać nas, opowiada Brain. W długim wąskim korytarzy, widać kolejne drzwi. Na podłodze elegancka ciemno zielona wykładzina a na ścianach do połowy drewno, a dalej w górę tapeta w odcieniach pasujących do wykładziny. Kiedy otwierają się drzwi, oczy nam otwierają się szeroko, a zdziwienie opanowuje nas oboje. Chyba za bardzo nie pasujemy do wystroju. My, przepoceni, brudni od pyłu, jesteśmy dokładny przeciwieństwem pokojów. Eleganckie, zadbane, z komodami, stolikami i lampkami przy dużych drewnianych łożach, na których leżą nie tylko zielono kwieciste pledy, ale i poduszki równo oparte o wezgłowia. - Na pewno to lepsze, niż mały namiot. – śmieje się Brain. I trudno mu nie przyznać racji. Ale też sami nie wiemy jak zareagować. – To wy teraz wykąpcie się, i jak już skończycie, to zapraszam na coś do picia i na kolację.
Ilość podziękowań, jaka płynie z naszych ust, nie może zapewne dorównać do gościnności, jaką zaoferowano nam. Nawet w najśmielszych marzeniach nie myśleliśmy, że przyjdzie nam nocować w takich warunkach. Można nawet powiedzieć, że w wielu hotelach takich nie ma.
Chwilę później, czyści i świeży, po cały dniu jazdy zasiadamy przy kuchennym stole. Na blacie, pod szkłem rozłożone są duże zdjęcia domu, zrobione z samolotu. Na stole stoją szklanki i puszki od piwa.
-         To może piwa, czy kawa?
-         Ja z chęcią napiłby się piwa. – opowiadam szybko na pytanie. I w tym momencie, Brain wstaje i z niewielkiej przeszklonej lodówki, stojącej w rogu kuchennego blatu, Pan domu wyjmuje schłodzone szklanki do piwa. Corny, jak się okazuje Pani domu, z dużej lodówki wyjmuje puszkę piwa i z uśmiechem stawia ją przede mną.
-         Z daleka jedziecie? – pyta Brain.
-         Z Weldborough.
-         Skąd? – zdaje się, że źle wypowiadam tę nazwę i jeszcze kilak razy powtarzam, zanim dochodzimy skąd dokładnie. – To kawałek drogi. Słyszysz Corny, aż z Weldborough. To szmat drogi stąd. Dzielne z Was zuchy.
Sącząc zimne piwo, podziwiamy cały dom. W kuchni nad głowami wiszą, a to sztucery, wnyki na zające, czy inną zwierzynę. – Chyba polujesz? – rozkręcając się zadajemy pytanie.  W mig Brain, oprowadza nas po kolejnych pomieszczeniach, gdzie zaraz za kuchnią znajduje się niewielki przedsionek, w którym prócz małego skalnego ogrodu, z fontanną i spływającym wodospadem, stoją wypchane zwierzęta – lis i dwa bażanty. W następnym pomieszczeniu zaraz za drzwiami, może trochę ponad metrowej wysokości biały jeleń po drugiej stronie orzeł, na drewnianym kołku sowa, a na ścianie ogromne pogłowie jelenia, przywiezionego z Kanady. Wszystko tak porządnie utrzymane, że ma się wrażenie, że nikt tu nie mieszka.
Wieczór upływa nam na długich rozmowach przy kuchennym stole. Z kolejnymi otwieranymi przez Brain-a puszkami, my coraz więcej rozumiemy z długich monologów. Jak się okazuje, Brian nie prowadzi farmy, na co dzień buduje domy. To też tłumaczy skąd tak okazały i tak misternie wykończony dom. Sam go zbudował i wykończył, sukcesywnie przez lata rozbudowując. zaraz za domem, w ogrodzie ma przepiękną kolekcję najróżniejszych ptaków. W wielkiej klatce kilka białych papug, które od kilku dni latają nam nad głowami. Na dużym wybiegu za to stado dwunastu białych jeleni. Będących atrakcją dla przejeżdżających tędy turystów, często wchodzących na jego posesję, mimo iż jelenie nie są one na pokaz.
 
-         Wziąłbyś się w końcu za gotowanie. – Corny popędza, cały czas mówiącego Brain-a – powoli dochodzi północ, a oni zapewne umierają z głodu. Zawsze tak jest. Tylko gada i gada. Ale tutaj to on gotuje.
I nie potrzeba powtarzać dwa razy. Coraz mocniej wstawiony Pan domu, wstaje i zabiera się za smażenie. – Lubicie krewetki? A rekina? – gotowanie polega głównie na tym, że do prądu zostaje podłączona frytkownica zalana litrami oleju, Brian obtacza we wcześniej przygotowanej przez Corny panierce, każdy kawałek ryby, krewetki i ośmiornicy. Po chwili wyciąga, kładzie na talerzy zarumienione kawałki białego mięsa i wrzuca na olej kolejne. W tym czasie, Corny zasiada przy stole, odpala kolejnego papierosa i wzdycha. – Tak właśnie jest. Tylko gada i gada, i jak się go nie popędzi to będzie siedział do późnej nocy. Czasem nawet siedzą do czwartej nad ranem, a potem trudno zwlec go z łóżka.
-         A ktoś musi wstać rano. – dodajemy.
-         Ja nie jestem rannym ptaszkiem. Oj nie. On zawsze wcześnie wstaje. Ja lubię długo pospać. Jak ja wstaję, to jego już nie ma. mam wtedy spokój i ciszę.
Na krześle przy stole, cały czas leży mały pudel. Czasem tylko podnosi łeb i spogląda na Corny. – To jest pies domowy, a to jego miejsce. Praktycznie nie rusza się stąd. Czasem tylko rano, pobawi się swoją zabawką i chce byś też się z nią bawił. A tak, żeby miała wyjść na dwór, a jak pada, o skąd. Zawsze musi mieć czystą sierść i uwielbia się kąpać.
-         To raczej nie spotykane jak dla psów.
-         Właśnie. Ale ona po prostu uwielbia to. Nie odstępuje Cię na krok. Zawsze za tobą chodzi. – dodaje przez ramię Brain. – Są już talerze? Bo ryba i frytki są już gotowe.
Na stole lądują duże, wypełnione po brzegi talerze. Dla każdego z nas po jednym. Wydaje się, że nie ma możliwości byśmy to zjedli, ale nic bardziej mylnego. Od momentu pierwszego kęsa, tępo jedzenia sukcesywnie wzrasta. Czy to rekin, czy krewetki, czy ryba, nawet frytki są tak pyszne, że wszystko co do tej pory jedliśmy okazuje się być  niczym w porównaniu do naszej obecnej uczty. Soczyste kawałki w przepysznej panierce, rozpływają się w ustach. Frytki, idealnie przypieczone, chrupią i znikają szybciej niż cała reszta, ale tylko dlatego by na koniec pozostawić sobie to co tak nam smakuje. Prawie nie odrywając się od talerzy, musimy wyglądać nie spragnionych, to jeszcze wygłodniałych. Nic nie mówimy, a wielkie z początku przeładowane talerze, kurcząc się w z każdą sekundą, kiedy to pochylamy się nad nimi.
-         Było wyśmienite! – siedząc już spokojnie na rzęśle, nie możemy uwierzyć, że tak dobrze przyrządzone mogą być tak popularne tutaj kawałki ryby z frytkami. – Jaki jest sekret, że tak dobre jest to jedzenie? Naprawdę Brain, powinieneś zostać kucharzem.
-         Panierka. – odpowiada spokojnie. – może jeszcze chcecie?
-         Nie naprawdę, ja czuje się najedzony. Ale to było wyśmienite.
-         Specjalna receptura panierki – dodaje Corny – Mąka, masło, trochę wody, kilka przypraw, i ocet winny. Ale oczywiście też dobry kucharz – uśmiecha się Corny i spogląda na Brain-a.
Wieczór jeszcze długo ciągnie się, dla nas głównie wspomnieniem tak wyjątkowej kolacji. Tak innej niż dotychczasowe nasze jedzenie. Sami nie możemy do końca uwierzyć, że trafiliśmy właśnie tutaj. Do ludzi, którzy ugościli nas w wyjątkowy sposób. Nie tylko udostępniając prysznice, czy pokoje, ale i przygotowując kolację. I wszystko to, zupełnie bez interesowanie.
 
Poranek zaszedł szarymi chmurami. Co jakiś czas popaduje deszcz, a przed nami droga do Lanceston. Jeszcze śniadanie, kiedy reszta domu śpi, i tylko Brain, w tej samej flanelowej koszuli i spodniach na przywitanie dnia, odpala papierosa stojąc w szklanych drzwiach wychodzących przed dom, wpatruje się w horyzont.
-         Dzisiaj nie będziecie mieli takiej złej drogi. Tylko dwa podjazdy, i z góry do miasta. O tam – wskazuje ręką z papierosem – biegnie wasza droga. Z tej strony jest o wiele łagodniejsza. Od drugiej strony gdybyście jechali, to jest podjazd. Potem zjeżdżacie do Lyladale, jeszcze jeden podjazd i zjazd i jesteście na miejscu.
Na pożegnanie Brain, pokazał nam jeszcze swoje stado białych jeleni, składające się głównie z łani, gdzie samiec z dużymi rozłożystymi rogami, siedzi w najdalej oddalonym kącie całego wybiegu. Tylko łanie, a to zbliżają się kiedy Brain je woła, a to uciekają widząc nas. – O ta, która stoi najbliżej. Wiele lat temu znalazłem ją w lesie. Przez długi czas mieszkała u nas, czasem znikała na trzy tygodnie, ale potem zawsze wracała. Teraz trzymam ją tutaj, bo ruch jest większy i może ją potracić jakiś samochód.
 
I rzeczywiście, droga tak też biegnie, jak zapowiedział Brain. Co prawda trochę bardziej strome są te podjazdy, niż by mogło się wydawać, ale za to jakie zjazdy. Z czasem i pokazują się przedmieścia, aż w końcu docieramy do położonego nad głęboko wchodzącą w ląd zatokę Tamara, na końcu której leży północna metropolia Tasmanii. Drugie co do wielkości miasto na wyspie, z goła inne niż Hobart. Rozłożyste, o niskiej zabudowie, zdaje się pędzić jak to przystało na miasta kontynencie.
Całe życie, skupia się w centrum, gdzie kwadratowe uliczki wypełnione są salonami samochodowymi, warsztatami, sklepami, sklepami, hotelami, hotelikami, motelami i hostelami, oddalonymi od brzegów zatoki.
Jedynie niewielki port, z długą promenadą, nad którą nic się nie dzieje. Jedynie przystań dla niewielki jachtów, zaraz za rogiem rzeki małą przystań dla statków wycieczkowych, i kilka hangarów przy których stoją stare kutry, osiadające przy odpływie na mulistym dnie łączącej się z rzeka zatoki.  
Całe popołudniowe życie miasta przenosi się do przecinającej wysoki skały katarakt, leżących zaraz nieopodal centrum, na dnie których biegnie wartka rzeka. Poprowadzona dookoła przełomu ścieżka, jest dla mieszkańców swoistą ścieżką zdrowia.
Każdy, kto z kończył pracę, biegnie pod górę, a następnie zbiega w dół nad niewielki basen, by po przebiegnięciu mostu nad rzeką wrócić drugim brzegiem do miasta. Dosłownie tłumy ludzie wbiegają, w czasie kiedy my spokojnie staramy się odpocząć po naszym przedpołudniowym wjeżdżaniu na góry. A tutaj każdy mówi Ci „Cześć”, „Hi”, „Dzień Dobry”, a ty musisz odpowiedzieć, bo jakże by inaczej. I co chwilę ustępujesz miejsca, kolejnym biegnącym, czy to pojedynczo, w parze, czy też zorganizowanej grupie. Istny maraton, tylko nikt niema numerów startowych.
I tak kończy się nasz pobyt na tej niewielkiej wyspie, o której każdy słyszał. Wyspie, gdzieś na krańcach świata, gdzie prócz niesamowitych krajobrazów, pięknych zatok, malowniczych skał, tysięcy czarnych łabędzi, żyją ludzie, dla których to co za wodą nie ma większego znaczenia. Żyją spokojnie, w rytmie co chwilę zmieniającej się tutaj pogody, obok bujnych deszczowych lasów pachnących eukaliptusem, i zwierząt sprawiających, iż wyspa ta żyje.




Podziel się ze znajomymi!

Komentarze Sortowane od najnowszego do najstarszego

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby:
otrzymać powiadomienie o odpowiedzi na komentarz Twój i innych. Nie wypadniesz z konwersacji.
komentarz pojawił się natychmiast na stronie
komentarz nie musiał oczekiwać na moderację
nie musieć przepisywać kodu z obrazka

Komentarze niezgodne z regulaminem oraz uznane za reklamowe usuwamy bez powiadomienia.

na górę


Zapisz się i Ty i zgarnij super niezpodziankę!



Holidaycheck

* Serwis nie ponosi odpowiedzialności za publikowane przez użytkowników treści. Treści są własnościa Autorów. Zgłoś nadużycie Administratorowi.