auckland, rotorua, miranda, Trans Oceania eXpedition 2012, wyprawa rowerowa po Nowej Zelandii, rowerem po Nowej Zelandii, krowy w nowej zelandii

 

Jesteś tutaj: Strona główna | Nowa Zelandia Relacje | TOe2012 Nowa Zelandia. Od Auckland do Rotorua


TOe2012 Nowa Zelandia. Od Auckland do Rotorua

Dotyczy wyjazdu z 2012 roku

Dodane: 2012-02-13 | Aktualizacja: 2012-02-13


Po przeszło trzydziestu godzinach spędzonych w samolocie, w końcu dotarliśmy do ziemi wymarzonej. Z tej części dowiecie się do kogo należy wyspa, kto hoduje się bydło w Nowej Zelandii, kiedy mleczne krowy mają urlop.

Podziel się ze znajomymi!

Po przeszło trzydziestu godzinach spędzonych w samolocie, w końcu dotarliśmy do ziemi wymarzonej. Mityczna dla wszystkich, którzy o niej myślą, z początku zupełnie zaskakuje takim naszym europejskim wyglądem. Coś w rodzaju połączonej Wielkiej Brytanii z Danią, oraz Szkocji z Niemcami. Zgrabne domki, elegancko przystrzyżona trawa, lewostronny ruch, wszystko prawie że idealne, i pierwsze co sobie myślisz - Boże, tyle się męczyłem w tym samolocie, a teraz widzę to co mam na wyciągnięcie ręki zaraz za granicą.


 

Pierwsze wrażenie mija jednak z każdym kilometrem, kiedy możemy doświadczyć tego co jest zaraz przy drodze, czy też wzrokiem staramy się uchwycić to co na horyzoncie. Bujna tutejsza roślinność wymieszała się też z wieloma przywiezionymi przez Europejczyków sadzonkami. Znajdziesz i eukaliptusy, agawy, i lipy. Wijąca się na boki, ale też i w górę i w dół, droga zwana Pacyfic Coast Highway odkrywa przed nami turkusową zatokę z niewielkimi górami. Liczne ogrodzone kilometrami pastwiska dla owiec, i krów, stanowiących jedną z głównych gałęzi tutejszego eksportu, stawiają przed nami swego rodzaju ograniczenie w postaci braku znalezienia dobrego miejsca na nocleg. Nawet campingów jest tutaj jak na lekarstwo co kończy się tym, iż lądujemy w niewielkim parku z kilkoma ławkami nad zatoką. Zaraz przy wjeździe wita nas znak: Zakaz nocowania! Ale za znakiem stoi kilka camperów.  Przy jednym z nich siedzi para Maorysów, pijących spokojnie piwo na rozkładanych fotelikach, wpatrując się w faje rozbijające się o kamienisty brzeg.


- Przepraszam, czy można tutaj nocować? – zapytałem zatrzymując się zaraz przy nich.

- Oczywiście! – odparł potężny mężczyzna, dość śmiesznie chichocząc - Nie ma żadnego problemu.

- Ale tam na wjeździe jest napisane, że nie można się tutaj rozbijać.

- Spokojnie, to moja wyspa i możecie tutaj nocować. My tu stoimy już od 3 tygodni.

- To my postawimy nasze namioty tam.

- Nie ma problemu. Oczywiście. Czujcie się jak u siebie nikt wam nie będzie przeszkadzał.

I rzeczywiście, jedynie jeden z tutejszych chwilę po tym jak zaczęliśmy rozstawiać namioty podjechał, zagadał z nami chwilę i odjechał, a my spokojnie rozkoszowaliśmy się widokiem zatoki, z niewielka wyspą nieopodal, popijać białe nowozelandzkie wino,  o lekko gorzkawym smaku. Wpatrując się w rozgwieżdżone niebo, które wyglądało zupełnie inaczej niż nasze rodzime, staraliśmy się znaleźć charakterystyczne konstelacje.

            Następnego dnia lazurowa zatoka Firth of Thames, kusi nas, jednak pierwsze czego trzeba nauczyć się, to to że nie każda kropka na mapie to miasto czy wieś. Czasem to po prostu skupisko kilku farm, a w przypadku niejakiego miasteczka Miranda, o która dzień wcześniej opowiadał nam tutejszy, okazuje się być hotelem z gorącymi źródłami oddalonym o kilka set metrów od wody. Do tego jeszcze dostęp do plaży jest swoistym wyzwaniem, bo pomiędzy drogą a wodą, są porośnięte wydmy. Praktycznie nie do przejście, często też ogrodzone. I tyle byłoby z naszej kąpieli.

            Układające się z północy wiatry pchają nas na południe, dodając nam niesamowitego pędu, dzięki czemu możemy spokojnie pokonać już drugiego dnia 90 kilometrów, co wydaje się być niesamowitym wynikiem, szczególnie że z rana przez ponad 20 kilometrów musieliśmy przebijać się przez niewielkie gór, przypominające nam Szwajcarię, z delikatnie opadającymi zboczami gór, poprzedzielanymi niewielkimi strumykami, nad których brzegami pasą się stada bydła. Sielankowy widok, ciągnął się praktycznie przez cały dzień, z tym że od momentu wjechania nad wybrzeże góry zniknęły a my przez płaski jak patelnia teren rozlewiska rzeki Waihou dojechaliśmy aż pod samo Paero, mając na licznikach 80 kilometrów.

Niewielka szkoła podstawowa wydaje się być idealnym miejscem do przenocowania. Duże boisko, wszystko ogrodzone,  cóż więcej można chcieć. Dziewczyny na zwiad, o wiele lepiej prezentują się niż Ja, i wzbudzają we dwie dużo zaufania. Ciekawe czy dzisiaj sprawdzi się ten eksperyment?

Rowery oparte o ogrodzenie szkoły spokojnie czekają aż powróci zwiad, którego cały czas nie ma. W końcu są. Gosia w ręku ma kilak białych kartek, i machając nimi krzyczy przez dzieciniec – Jeszcze 10 kilometrów, i mamy nocleg! – 10? Już mamy 80! – pomyślałem sobie. – Udało nam się załatwić nocleg u jednej z nauczycielek. 10 kilometrów stąd mają z mężem farmę, i tam możemy się rozbić. Ona będzie gdzieś około 7. – lekko podekscytowana druga Gosia z uśmiechem aż pali się do ruszenia dalej.

Farma Farminco, bo tak się nazywa leżąca przy drodze o wdzięcznej nazwie Awaiti, okazuje się być jedną z większych w okolicy. Mąż Alicji, Scott, były zawodnik rugby, teraz hoduje 660 krów i jest jednym z większych hodowców w Nowej Zelandii, tylko kilku innych ma większe stada od jego.

Siedząc w jego obłoconym tickup-ie poznajemy farmę, będącą jak nam się zdaje wielkości niewielkiego miasteczka. Poodgradzane pola, w rotującej kolejności przyjmują dwa stada, podzielone na pół. Każda jedna krowa, każdego dnia, zaganiana jest do dojarni gdzie będąc na swoistej karuzeli z automatyczną dojarką sama wchodzi i kręci się z resztą 30 innych krów, aż w końcu odda prawie 25 litrów mleka i co ciekawe sama tam wchodzi i sama wychodzi, ze zmyślnego urządzenia. Scott, zaciągając tak, że praktycznie możemy zrozumieć może co trzecie, czasem czwarte słowo, opowiada nam o każdym jednym szczególe swojej farmy. Niesamowite jest to, że człowiek który jeszcze 5 lat temu grał w jednym ze szkockich zespołów, teraz z wielką pasją opowiada o tym czym się zajmuje. Ile przyjemności sprawia mu, doglądanie każdego stada, opiekowanie się niektórym chorymi krowami. Sam wywodzi się z rodziny, do której należy ponad 2000 krów. A tylko jego farma codziennie produkuje ponad 16 000 litrów świeżego mleka.

- To jedno stado, tutaj dzisiaj nocują – zatrzymuje swój samochód przed rozciągniętym elektrycznym pastuchem, wysiada i woła nas - Chodźcie, zobaczycie je z bliska. Tutaj jest 320 krów.

- Co z nimi robicie w zimie? A kiedy właściwie zaczyna się u was zima?

- Tak od końca maja. Tutaj są na farmie na łąkach, ale nie dają mleka – powoli zaczynamy przyzwyczajać się do jego akcentu, ale nadal co chwilę prosimy by powtórzy co powiedział, bo nie możemy domyśleć się nawet kontekstu zdania. – jeżeli mamy tak 250 – 260 dni, w których dają mleko, to można powiedzieć, że do był dobry rok.

- Czyli przez jakieś dwa, trzy miesiące mają wolne?

- Tak! Wtedy odpoczywają przed kolejnym sezonem.

- A jak wygląda tutaj zima?

- W Szkocji, kiedy jest mróz i jest -10st, to czujesz -10. A tutaj pada deszcz i jest wiatr. Kiedy jest 0st to odczuwasz –15st. Od taka to nasza zima. Nie ma tu śniegu, tylko czasem rano trochę go leży, ale zaraz potem znowu pada deszcz. – Scott, odpowiadał na każde nasze pytanie, a my staraliśmy się wyłapać ile się dało. Bo takiej wycieczki, naprawdę nie spodziewaliśmy się. Ludzie oglądają tysiące innych rzeczy opisywanych w przewodnikach, a kto by pomyślał, że tak właściwie to to jest prawdziwa Nowa Zelandia. Potomkowie Brytyjczyków, dzisiaj hodują tysiące sztuk bydła, zajmując tysiące hektarów ziemi zaledwie w kilka, czasem kilkanaście osób.

Czym dalej kierujemy się na południe w stronę Rotorua, tym okolica zaczyna zmieniać się w krainę okolic Shire, gdzie Hobbici spokojnie palą swoje fajki, siedząc pod drzewami, na niewielkich pagórkach. Towarzyszy to nam od dwóch dni, a żaden z naszych aparatów nie potrafi odzwierciedlić tej sielankowej krainy, porośniętej trawą, z wybijającymi się od czasu do czasu gołymi skałami. Jednak co jakiś czas, zanurzamy się w las, który przenosi nas w zupełnie inną krainę. Dosłownie w mgnieniu oka jesteśmy raz w Shire, raz w lesie deszczowym, gdzie regularny odgłos ukrytych cykad, aż porusza lasem, a tętniący bujną zielenią las, z przeróżnymi dotąd dla nas nie spotykanymi roślinami stanowi zielony mur nie do przejścia. Niestety na naszej drodze jak dotąd nie udało nam się znaleźć chodź jednej ścieżki, która wprowadziłaby nas w gąszcz kipiący bujną zielenią. Sami też, dość mocno wyczerpani poprzednim dniem, nie jesteśmy zdecydowani na pokonanie niewielkiego masywu przed jeziorem Rotorua, gruntową górską drogą, prowadzącą właśnie przez ten las. Gna nas chęć dotarcia do Maorysów, kipiących błot i gejzerów, z malowniczymi krajobrazami.     

Podziel się ze znajomymi!

Komentarze Sortowane od najnowszego do najstarszego

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby:
otrzymać powiadomienie o odpowiedzi na komentarz Twój i innych. Nie wypadniesz z konwersacji.
komentarz pojawił się natychmiast na stronie
komentarz nie musiał oczekiwać na moderację
nie musieć przepisywać kodu z obrazka

Komentarze niezgodne z regulaminem oraz uznane za reklamowe usuwamy bez powiadomienia.

na górę


Zapisz się i Ty i zgarnij super niezpodziankę!



Holidaycheck

* Serwis nie ponosi odpowiedzialności za publikowane przez użytkowników treści. Treści są własnościa Autorów. Zgłoś nadużycie Administratorowi.