nurkowanie, speleologia

 

Jesteś tutaj: Strona główna | Nowa Zelandia Relacje | Nowa Zelandia cztery lata później


Nowa Zelandia cztery lata później

Dotyczy wyjazdu z 2012 roku

Dodane: 2012-01-27 | Aktualizacja: 2012-02-13


Życie jakoś się tak zawsze splata, że co ma być to będzie, a nasz wpływ na pewne sprawy okazuje się często dość iluzoryczny.

Podziel się ze znajomymi!

Tak więc siedzę od trzech dni z dwójką przyjaciół ze Speleoklubu Warszawskiego w Beachlands, na przedmieściach Auckland. Gości nas Phill, dobra dusza z Auckland Speleo Group, przyjmujący często-gęsto w swoje gościnne progi speleologów z całego świata. Za oknem deszczowo (ale zaczyna się przejaśniać), choć pierwsze dwa dni były słoneczne i bardzo ciepłe. Próbuję „wczuć się” ponownie w atmosferę tego zielonego kraju, ale jak na razie przychodzi to z trudem. Zbyt dużo spraw z Polski wciąż tkwi pod czaszką? Od mojej ostatniej wizyty w Nowej Zelandii wiele zmieniło się w moim życiu, wkrótce okaże się, jak zmienił się ten kraj…

 

Cała awantura z wyjazdem zaczęła się jeszcze w ostatnie wakacje, wyjazd cały czas wisiał jednak na włosku. Jak to zwykle bywa. Tym razem jest też o tyle trudniej, że wyprawa jest dość długa, bo 6-tygodniowa. Trudno rzucić wszystkie obowiązki czy pracę naukową na tak długi czas, zwłaszcza w dzisiejszych, „szybkich czasach”. Jechać chciałem ponownie sam, lecz wkrótce dołączyła mocno zmotywowana do tego wyjazdu Luca, a w jakiś czas potem do ekipy dołączył Mikołaj, w sumie dość niespodziewanie. Fakt jest faktem, „w kupie raźniej”.

Przygotowania do wyjazdu przebiegały nie bez problemów. O ile sprawa biletów lotniczych spędzała nam już powoli sen z powiek, a ceny galopowały w niewłaściwą stronę, to rozwiązanie przyszło dość niespodziewanie niemal samo. Udało się kupić bilety w bardzo atrakcyjnej cenie, poniżej czterech tysięcy złotych, a linie lotnicze i sama trasa wyglądały dla nas dość abstrakcyjnie i podejrzanie – mieliśmy gościć na pokładach samolotów Korean Air, na trasie Warszawa-Praga-Seul-Auckland.  Jak się później okazało, nasze obawy były bezpodstawne, a jakość obsługi nie pozostawiała wiele do życzenia. Główny problem pojawił się podczas ważenia naszych bagaży. Ponieważ założyliśmy sobie dość ambitne cele nurkowe i speleologiczne, postanowiliśmy zabrać większą część sprzętu z Polski. Ponieważ ja i Luca jesteśmy nurkami technicznymi, uzbierało się wszystkiego około 160 kilogramów, czyli byliśmy bez szans na zapakowanie całego dobra do bagażu lecącego z nami. Wydawało się, że rozwiązanie znalazło się dość szybko, w postaci firmy UPS, ale niestety był to zupełnie błędny kierunek. Ostatecznie, po kilku dniach nerwowego kombinowania ze wszystkimi chyba przewoźnikami dostępnymi w Polsce, nawiązaliśmy kontakt z firmą FedEx Trade Network – to był prawdziwy strzał w dziesiątkę. Kolejne dni i noce zeszły mi na przygotowywaniu przesyłki, opakowania, ogarnięciu dokumentacji celnej i korespondencji z FedEx’em i urzędami nowozelandzkimi. Ba, o pomoc prosiłem nawet przesympatycznego Konsula Honorowego RP w Nowej Zelandii! Dość powiedzieć, że załatwianie sprawy wymagało wymiany przeszło trzystu (!) maili zarówno po polsku, jak i po angielsku oraz przeszło setki rozmów telefonicznych. Ostatecznie wszystko się udało, a przesyłka dotarła do Nowej Zelandii dzień przed nami. Uffff…


Sama podróż to niemal czysta przyjemność -upłynęła bez przygód, choć mogę z czystym sumieniem ponarzekać na PLL LOT – jeśli linie te znikną pewnego dnia z rynku, będę ostatnią osobą, która będzie tego żałować. Korean Air to była już czysta przyjemność. Podróż minęła nam nadspodziewanie szybko, bagaże także dotarły bez problemu na miejsce. Mimo dość ryzykownej, z punktu widzenia nowozelandzkiej kontroli biologicznej, zawartości naszych bagaży, odprawa zakończyła się tylko jednym niewielkim incydentem – Mikołajowi zabrano słoiczek miodu, przeznaczonego na prezent dla Phill’a. Na szczęście butelka francuskiego wina, przywieziona przeze mnie osobiście z Francji w styczniu, pozostała z nami, podobnie jak resztki murzynka, upieczonego przez Mamę Mikołaja. Phill niezawodnie odebrał nas z lotniska i zawiózł do wypożyczalni aut, znanej mi już z wcześniejszej podróży do Nowej Zelandii. Samochód, Toyota Camry w wersji kombi, czekała już na nas. Krótka podróż do Beachlands „po lewej stronie drogi” poszła już miękko i mogliśmy zacząć ogarniać problem jet lag’u. Cóż, zmiana klimatu z zimowego na letni, krótkiego dnia na bardzo długi, temperatury z bliskiej zera na przekraczającą dwadzieścia stopni na plusie, i wreszcie strefy czasowej o całe 12 godzin – to dość duże obciążenie dla organizmu. Ja zająłem się załatwianiem spraw związanych z naszym pobytem oraz zaległości przywiezionych z kraju, a Luca i Mikołaj zapadli w długi, 14-godzinny sen.
Na chwilę obecną udało się nam się odwiedzić Auckland (świetne połączenie szybkim tramwajem wodnym z Beachlands do centrum Auckland przetrwało, a nawet firma dynamicznie rozwija się) i muszę stwierdzić, że nie odczułem tutaj raczej większych różnic w stosunku do końca 2007 roku (kiedy to gościłem tu pierwszy raz). Przybyło tylko kilka odcinków autostrady i obwodnicy, a także kilka budynków w samym centrum. Pogoda nam dopisała, więc widoki z wieży Sky Tower były dobre, próbowaliśmy też nieco wczuć się w atmosferę miasta, które chyba coraz intensywniej tętni życiem. Zarówno za sprawą turystów, jak i imigracji, jak też mieszkańców, zmieniających powoli swoje dawne nawyki. Wszak kiedyś ulice Auckland wymierały dość wcześnie.

 
A teraz odpoczywamy w Beachlands, próbujemy dogadzać sobie i naszemu gospodarzowi kulinarnie, a jutro ruszymy na północ, gdzie czeka nas dwudniowy rejs nurkowy na wyspy Poor Knights Islands, jednego z „kultowych” miejsc nurkowych na świecie. Ponurkujemy tam zarówno w wodach otwartych, jak i w jaskiniach. Na północy, której nie było mi dane zwiedzić cztery lata temu, będziemy podziwiać także drzewa Kauri (czy z polska - Agatisu nowozelandzkiego), rośliny dość kultowej, bo osiągającej 50 metrów wysokości. Mało kto wie, że w miejscu jego występowania przy dużym szczęściu udaje się zobaczyć Kiwi. Stało się to kilka lat temu udziałem przyjaciela Philla ze Szwecji. Na szczęście dostarczył dokumentację fotograficzną – inaczej  nikt by mu nie uwierzył. Spróbujemy także nurkowań z brzegu w kilku intersujących miejscach, po czym wrócimy do Auckland i udamy się na południe, do krainy wulkanów, gejzerów, wrzącego błota i gorących źródeł. Ale póki co – nie ma sensu wybiegać w przyszłość. W Nowej Zelandii pogoda i inne czynniki potrafią diametralnie zmienić wcześniejsze plany.


AW
Beachlands, 27.01.2012 roku
http://www.nowazelandia2012.blogspot.com/

Strona patronatu: /TransOceania2012

Podziel się ze znajomymi!

Komentarze Sortowane od najnowszego do najstarszego

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby:
otrzymać powiadomienie o odpowiedzi na komentarz Twój i innych. Nie wypadniesz z konwersacji.
komentarz pojawił się natychmiast na stronie
komentarz nie musiał oczekiwać na moderację
nie musieć przepisywać kodu z obrazka

Komentarze niezgodne z regulaminem oraz uznane za reklamowe usuwamy bez powiadomienia.

na górę


Zapisz się i Ty i zgarnij super niezpodziankę!



Holidaycheck

* Serwis nie ponosi odpowiedzialności za publikowane przez użytkowników treści. Treści są własnościa Autorów. Zgłoś nadużycie Administratorowi.