Tuatapere

 

Jesteś tutaj: Strona główna | Nowa Zelandia Relacje | Z dala od utartych szlaków


Z dala od utartych szlaków

Dotyczy wyjazdu z 2010 roku

Dodane: 2011-06-24 | Aktualizacja: 2011-07-19


Czasami w podróży podlegamy impulsowi, by jak najszybciej przedostać się z jednego miejsca w drugie. Pędzimy kolejne dziesiątki, setki kilometrów, by na własne oczy zobaczyć atrakcje, których nie pozwala nam pominąć żaden przewodnik. A tymczasem, gdzieś z dala od utartych szlaków…

Podziel się ze znajomymi!

...Czeka na nas magiczne i urokliwe miejsce…

 

Przejeżdżając przez Tuatapere, wioskę jak setki innych, jakie do tej pory już mijaliśmy: jedna ulica, a po jej obu stronach niczym na scenerii do westernu parę budynków, zatrzymujemy się, by skorzystać z toalety publicznej. W drodze do auta przed oczami migają mi dziecięce wózki z epoki, które zawsze mnie zachwycały. Stare wózki, takie jakimi byli wożeni co najmniej nasi rodzice... Były tak ujmujące, że namawiam Muma, abyśmy poszli je obejrzeć z bliska.

To, co krył w sobie niepozorny budynek z szyldem Cafe Yesteryears, przed którym właśnie stały owe wózki, nie sposób opisać jednym słowem! Okazuje się, że wnętrze to nietypowe muzeum, skansen ze sprzętami — jak się dowiedzieliśmy w trakcie rozmowy z właścicielką —sprzed ponad stu lat. Kuchnia, pokój dziecięcy, lada sklepowa, a w drugim pomieszczeniu kawiarnio-restauracja. Wszystko to mieści się na powierzchni około stu metrów.

Miejsce urokliwe, urzekające, niepozwalające po prostu wejść i wyjść. Gdy w dodatku spoglądamy na możliwe do zamówienia na lunch specjały, nic nie jest w stanie nas powstrzymać przed najedzeniem się u energicznej pani z koczkiem.

Mruczymy w trakcie posiłku niczym drapane za uchem koty. Cena jest śmieszna za tę ucztę na naszych talerzach: wegetariańska zapiekanka z makaronem w sosie cytrynowo-maślanym, marcheweczki w kolejnym trudnym do zdefiniowania sosie, młode ziemniaczki ze szczypiorkiem i toast wznoszony organiczną colą. W tle z niesamowitego adaptera, wielkości małej komody, sączą się hity z minionych epok w wykonaniu jakiegoś Robbiego Williamsa. Absolutna magia. Okazuje się, że większość wyposażenia muzeum to sprzęty pradziadów owej pani — Irlandczyków, Anglików, którzy wyemigrowali ponad sto lat temu do Nowej Zelandii. Sprzęty te, kurzyły się długie lata w garażu, ponieważ obecna właścicielka wraz z mężem nie mieli pomysłu, co z tym zrobić. Aż cztery lata temu, gdy nadszedł czas emerytury, zakupiła ten budynek i wypełniła go wciąż żywą historią. Jak przyznała z filuternym uśmiechem, bardzo ją cieszy ta działalność.

Oczarowani pod każdym względem — szczególnie smakowym (biorąc pod uwagę naszą monotonną dietę) — kupujemy domowej roboty dżem malinowy i miód.

Opuszczamy to magiczne, zatrzymane w czasie miejsce z żalem i po krótkiej pogawędce z właścicielką gotowi jesteśmy reklamować ją wszędzie.

 

Więcej na temat naszej przygody w Nowej Zelandii a także w Skandynawii, Szkocji, Hiszpanii, Danii, Holandii i na Maderze można przeczytać w naszej książce "Podróże małe i duże" ( osoby zainteresowane zakupem zapraszmy na allegro: http://allegro.pl/show_item.php?item=1677000914), nad którą patronat objęła Nasza Nowa Zelandia.

 

Zapraszmy na nasz fejsbukowy profil www.facebook.com/pages/Podróże Małe i Duże

 

Podziel się ze znajomymi!

Komentarze Sortowane od najnowszego do najstarszego

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby:
otrzymać powiadomienie o odpowiedzi na komentarz Twój i innych. Nie wypadniesz z konwersacji.
komentarz pojawił się natychmiast na stronie
komentarz nie musiał oczekiwać na moderację
nie musieć przepisywać kodu z obrazka

Komentarze niezgodne z regulaminem oraz uznane za reklamowe usuwamy bez powiadomienia.

na górę


Zapisz się i Ty i zgarnij super niezpodziankę!



Holidaycheck

* Serwis nie ponosi odpowiedzialności za publikowane przez użytkowników treści. Treści są własnościa Autorów. Zgłoś nadużycie Administratorowi.