Rotorua, Taupo, Tauranga, Coromandel

 

Jesteś tutaj: Strona główna | Nowa Zelandia Relacje | Rotorua, Taupo, Tauranga i Coromandel


Rotorua, Taupo, Tauranga i Coromandel

Dotyczy wyjazdu z 2010 roku

Dodane: 2011-03-24 | Aktualizacja: 2011-04-14


Długi weekend i 5 dniowy wypad po okolicach Auckland.

Podziel się ze znajomymi!

Labour weekend to coroczny długi weekend na wiosnę, czyli w listopadzie. Święto wypadło w poniedziałek, więc wziąłem wolny dzień we wtorek i wyruszając w piątek zrobiliśmy 4 i pół dniowy wypad na południe od Auckland. W wypadzie rolę główną wziął campervan, czyli duży van, w którym cały tył przerobiony jest na 2 osobowe łóżko.

W piątek zwolniłem się z pracy o 4 i poszedłem odebrać samochód z wypożyczalni. Standardowo na wyposażeniu takiego samochodu są sztućce, garnki, noże deska do krojenia, kubki, miednica, ścierki, czajnik i kuchenka gazowa. W dodatku dostaje się baniak 15L pełen wody, gdyby wybierało się dalej od cywilizacji. Siadam za kierownicą pierwszy raz w życiu po złej stronie. Co prawda mam już za sobą doświadczenia z jazdą samochodem z "kopniętą" kierownicą, ale to było bardzo dawno, a doświadczenia ze skutera pomogą tylko w trzymaniu się właściwej strony. Wyjeżdżam z garażu i odczekuję dobre 5 minut, żeby wszyscy mi z ulicy zniknęli, bo przecież chcę bezpiecznie zająć swój pas :) Wyjeżdżam i z każdym metrem okazuje się, że jest coraz łatwiej. Na pewno pomaga automatyczna skrzynia biegów. Dojeżdżam do domu, pakujemy pościel, zakupy, walizkę i plecak i okazuje się, że ten campervan wcale nie jest taki duży. Ledwo nam się wszystko zmieściło. No ale jest to nasz pierwszy wyjazd, więc pełni napięcia i emocji wyruszamy. Pogoda jest fantastyczna, wiosenna. Noce jeszcze zimne, ale w dzień już powyżej 20 stopni. 

Z Mt Wellington ruszamy autostradą nr 1 na południe w kierunku Rotorua. Trasa to około 250 km, zakładamy, że nocujemy już na miejscu. Ruszamy bez problemów, pomimo że zostaliśmy postraszeni "długoweekendowymi" korkami. Rozpędzamy się do tych 100km/h dozwolonych na autostradzie i wygodnie rozsiadujemy się w fotelach, bo przecież autostradą jedziemy prawie aż na miejsce. I tutaj pierwszy szok. Zaledwie kilka kilometrów za Auckland autostrada zwęża się do jednego pasa! Zasadniczo zamienia się w znaną nam zwykłą drogę krajową, jeden pas w każdą stronę. Budzą nas realia prawdziwej Nowej Zelandii - w Nowej Zelandii tak właśnie wyglądają autostrady. 2 pasy można spotkać tylko w wielkich miastach oraz na górkach (znane nam również w Polsce pasy do wyprzedzania). Mało tego! Autostrada nowozelandzka potrafi również wjechać do miasta i wtedy należy zwolnić do 70 czy nawet 50km/h! Na "autostradzie"! No cóż, a my narzekamy na nasze kilka km. Dobre i tyle. Kilometry szybko mijają na miłej pogawędce i podziwianiu przepięknych krajobrazów, które jednak znikną powoli pod osłoną nocy. Około 21 zbliżamy się do Rotorua, czyli miasta gejzerów i gorących źródeł. W każdym przewodniku możecie wyczytać, że w Rotorua unosi się lekki i swoisty zapach siarki. Nie, to nie prawda. W Rotorua po prostu jedzie! Śmierdzi zgniłym jajem w całym mieście i nie mam pojęcia jak ludzie mogą się do tego przyzwyczaić na tyle, żeby tu mieszkać? Cóż. Lądujemy na parkingu koło jeziora, na którym później okazuje się, że jest zakaz kempingowania, parkujemy, robimy jeszcze kilka zdjęć nocnych i kładziemy się spać.

Budzimy się wcześnie rano, około 7. Okazuje się że zaparkowaliśmy przy targu, który właśnie się rozbija. Szybko się ubieramy, żeby nas nikt nie przegonił i jedziemy dalej. Teraz dopiero za dnia jesteśmy w stanie zobaczyć całe piękno tych terenów. Olbrzymie obszary leżą tutaj na aktywnym tektonicznie terenie. Dosłownie co kilka metrów jest gorące źródło, bulgoczące błoto czy wydostające się na powierzchnię gazy. Dym unoszący się do góry widać co kawałek. Zanim jednak jedziemy obejrzeć cuda wytworzone przez aktywność tektoniczną, chcemy odwiedzić lokalną, bardzo znaną wioskę maori. Niestety przytłacza nas cena za wejście. Teraz już wiemy, dlaczego Nowozelandczycy narzekają na ceny w ich własnym kraju. Ceny są dla turystów, dla Nowozelandczyków zwiedzanie jest po prostu za drogie! Wejście do takiej wioski kosztuje bagatela 120$ od osoby! Weekendowe wypady dla lokalnych ludzi więc odpadają. My też rezygnujemy i jedziemy dalej. Dojeżdżamy w planowane miejsce około 9 rano. Wai-O-Tapu znajdujace się kilka kilometrów za Rotoruą to park z ogromna iloscia barwnych gorących zródeł. Barwy pochodzą od minerałów zawartych w wnetrzu skał z których wydobywa się goąca woda. Wcześniej jednak oglądamy jezioro bulgoczącego błota, które robi naprawdę niesamowite wrażenie. Częścią parku wai-o-tapu jest gejzer, który wybucha codziennie o tej samej porze. Długo toczyliśmy dyskusję jak to się dzieje. Wyjaśnił nam pan, który gejzer uruchamia! :) Otóż codziennie wrzuca się do niego około 300 gram mydła, które powoduje, że gorąca woda miesza się z zimną na powierzchni, zwiększa ciśnienie i powoduje wybuch gejzera. W zależności od pogody (ilości opadów) gejzer potrafi wybuchnąć nawet na wysokość 15 metrów, a jego erupcja trwa nawet godzinę.




Wracamy do parku oglądać różne twory matki natury. Julka jest w niebie, bo w końcu może się wykazać swoją wiedzą zdobytą na studiach chemicznych. Jakkolwiek miejsce to jest przepiękne i zwiedzanie go zajmuje nawet około 3 godzin, tak zapachy czasem przytłaczają. Jest jedno miejsce, gdzie wydzielane gazy powodują, że ludzie przyspieszają kroku bo zwyczajnie intensywny zapach zbiera ich na wymioty. Niemniej naprawdę park warto zobaczyć a zdjęcia nie oddają wielości kolorów i przepięknych widoków bulgoczących źródeł.




Z parku wchodzimy jeszcze do okolicznego lasu na spacer. Jak się dowiadujemy później, w okolicach Rotoruja jest setki gorących źródeł i basenów błotnych, które nie są komercyjne. Są po prostu dzikie. Znają je przede wszystkim lokalni mieszkańcy. Sami spotkaliśmy ich kilka na spacerze po lesie. Natomiast ważna uwaga! Nie w każdym źródle można się kąpać! Temperatura w niektórych gorących błotach przekracza 100 stopni Celsjusza! Chyba nie chcielibyście do takiego basenu wskoczyć?! Jest za to wiele takich, w których kąpią się "tubylcy". Jest podobno takie jeziorko, do którego wpływa wrzące źródło i zimny strumyk. W zależności od humoru można przesunąć się na jedną stronę jeziorka i podgrzać atmosferę, bądź na drugą i się ochłodzić. Są jednak też takie, w których temperatura wody przekracza 80 stopni i pod koniec ubiegłego roku w jednym z takich zginął chłopiec, który podszedł za blisko brzegu i wpadł do niego. Pomimo, że szybko go wyciągnięto, zmarł w wyniku poparzeń. Należy więc bardzo uważać. 

Z Rotorua udajemy się do Taupo czyli największego zbiornika słodkiej wody w Nowej Zelandii. Jest to jednocześnie ulubione miejsce wędkarzy, jest tu wiele gatunków pstrągów i łososi, które osiągają olbrzymie rozmiary. Świadczy o tym choćby fakt, że na jezioro Taupo jest osobna licencja (w NZ licencja jest jedna na wszystkie słodkie wody z zaledwie kilkoma wyjątkami, na słone nie trzeba licencji). Jezioro jest naprawdę olbrzymie a w tle są ogromne góry, które pomimo wiosny, całe szczyty mają pokryte śniegiem. Woda w jeziorze jest tak czysta, że nie zawahałbym się wziąć szklanki i napić się prosto z jeziora. Samo Taupo zaś jest bardzo małą, ale bardzo przytulną miejscowością. Rozbijamy się na kempingu i jedziemy do miasta na kolację. Po długim wyborze lądujemy w lokalnym barze, gdzie zostajemy poczęstowani pysznym piwem Tui oraz odpowiednio wielkim kawałkiem baraniny i wielkim stekiem. Najedzeni i zadowoleni idziemy spać. Ta noc była wyjątkowo zimna, więc oboje przykrywamy się kocem i kołdrą a i tak rano wstajemy z bólem gardła.

Kolejny piękny dzień budzi nas wcześnie rano. Pakujemy się i jedziemy jeszcze dalej na południe, w okolice tych przepięknych gór. Wcześniej jednak (choć nie po drodze) jedziemy obejrzeć sławny wodospad Huka. Wodospad ten kiedyś był bardzo popularny ze względu na jego wartki dopływ i uprawiany tutaj rafting (czyli spływ na pontonie). Niestety rafting został zakazany po jednym z wypadków, kiedy załoga zbyt słabo wiosłowała i została wciągnięta pod wodospad. Tak przynajmniej opisują to lokalni "opowiadacze", dodając, że zginęło wielu ludzi.




Jedziemy następnie wzdłuż jeziora, bardzo krętą drogą. Wcale nie pomaga fakt, że jedziemy dużym samochodem na wąskiej drodze. Mijamy jezioro i wjeżdżamy w góry. Widoki co chwila zapierają dech w piersiach, aż dojeżdżamy do zupełnie bezludnych terenów, z pięknym, czystym jeziorkiem i sławnym wulkanem w tle, który odegrał jedną z głównych ról we Władcy Pierścieni, jako "góra przeznaczenia".




Podjechaliśmy samochodem bardzo blisko jeziorka. Postanowiliśmy też podjechać od innej strony, w planach mając również zaliczenie "krzaczków". Zjechaliśmy z głównej drogi na żwirową, stanęliśmy na boku, żeby nie blokować przejazdu (no tak, przecież setki samochodów jeździ żwirową drogą), załatwiliśmy co mieliśmy załatwić, próbujemy ruszyć i... i dupa. Jedno koło tylne wisi, drugie ani zamierza się ruszyć. Mechanizm różnicowy robi nam figla i jesteśmy zakopani! Próbujemy różnych sztuczek przez najbliższą godzinę. Próbujemy dociążyć koło, rozkiwać samochód, nawet podnieść go lewarkiem i podłożyć pod koło różne rzeczy. Nic! Jesteśmy zakopani w środku lasu na bezludziu! Może nie było by to takie straszne, bo przecież zapłaciliśmy (nie małe zresztą) pieniądze za ubezpieczenie i może nas laweta wyciągnie, ale jest jeden szkopuł - nie ma zasięgu! Pada decyzja - wychodzimy na drogę i łapiemy pomoc. Zatrzymaliśmy kilka mniejszych i większych samochodów (małe się same zatrzymywały widząc nas przy drodze), ale albo ktoś nie ma liny, albo ma za mały samochód. Przy czym przy głównej drodze złapaliśmy jedną kreskę zasięgu, więc jest szansa na ratunek, trzeba tylko zdobyć informację... gdzie dokładnie jesteśmy! Biegnę więc do pierwszego zjazdu mając nadzieję na jakiś znak. Na skrzyżowanie podjeżdża duży pickup, więc podbiegam do niego. W samochodzie siedzi facet, w wieku około 50 lat, w starych zniszczonych rzeczach, na tylnym siedzeniu siedzi pitbul, a Pan wygląda jak bohater jednego z horrorów, szczególnie kiedy uśmiechając się pokazuje co 3 ząb! Cóż, trzeba zaryzykować. Pytam gdzie jesteśmy a Pan pyta co się stało. Tłumaczę mu a on mówi "wskakuj, pomogę wam. samochód jest ciężki i jest 4wd więc powinien dać radę a z tyłu mam linę. No cóż, jakie mam wyjście. Albo zje mnie jego pies, albo sam właściciel, albo robaki po tygodniu pobytu na bezludziu. Wsiadam i jedziemy. Pan pyta "jak daleko jesteśmy od głównej drogi". Odpowiadam, że jakieś 50 metrów, choć wiem, że trochę dalej ale nie mam zamiaru stracić okazji. Pan jednak nie okazuje się wielbicielem żartów i denerwuje się, że 50 metrów to już dawno minęliśmy a samochodu nie widać. Dojeżdżamy na miejsce, holujemy samochód i rzeczywiście be żadnego problemu wyjeżdżamy na główną drogę. Podjeżdżamy pod asfalt i Pan podchodzi nam pod okno. Dziękujemy bardzo ale Pan zaczyna zagadywać. Pyta skąd jesteśmy, co robimy w Nowej Zelandii, opowiada jak to mieszka sam w lesie (sic!), że czyta książki, w dodatku tryska humorem: "jesteście z Polski? aa, wiem. Też nie lubię Niemców". I tak stoi przy tym oknie a my nie wiemy, czy ostrzy widelec i nóż na nas, czy może jego pies czai się z drugiej strony. Tak czy owak próbuję swojej szansy i oferuję 20$ w podzięce za wyciągnięcie nas. Pan z chęcią przyjmuje i mówi, że wypije sobie piwko za nasze zdrowie. Następnie oddala się i odjeżdża. My również, po bardzo, bardzo stresującej przygodzie. Dodam tylko, że ta "główna droga" to taka droga, na której samochód przejeżdża raz na 15-20 minut, w środku lasu, więc udało nam się, ale przygoda do zapamiętania do końca życia. Gdybym prowadził casting na horror "drwala mordercę", na pewno wybrałbym się tam, znaleźć głównego bohatera!

Po tej ciekawej ale również dosyć długiej przygodzie, niewiele zostało nam z dnia. W planach mieliśmy wyjść jak najwyżej w górę w stronę Mt Ngauruhoe, ale to "jak najwyżej" ze względu na porę dnia okazało się wcale nie wysoko. Przy okazji jednak dotarliśmy do bardzo pięknego wodospadu i doliny, wzdłuż której szło się w górę. Cała wycieczka zajęła około 1,5 godziny w górę i w dół. Na sam szczyt ponoć z najwyższego miejsca gdzie można dojechać, wychodzi się około 3 godzin. Ciekawe gdzie dojechał Frodo?!
Dzień szybko mija, wracamy do Taupo a następnie do Rotorua. W Rotorua śpimy na kempingu. Warto zaznaczyć, że w całej Bay of Plenty, większość kempingów dysponuje gorącymi basenami za darmo (w końcu geotermalna woda jest dostępna zaledwie kilka metrów pod powierzchnią ziemi). My jednak zapobiegawczo nie wzięliśmy strojów kąpielowych...

Następny dzień to kolejne kilometry i dojeżdżamy do Taurangi, czyli serca Bay of Plenty. Miasto jest dosyć duże i słynie z przepięknych plaż oraz wycieczek statkiem, gdzie można podziwiać delfiny, wieloryby i orki. Stąd również można się dostać na White Island, czyli oddalony około 40 kilometrów od brzegu aktywny wulkan, który cały czas wyrzuca z siebie popiół a przy wzmożonej aktywności, aby go zwiedzić należy założyć dostarczoną przez przewodnika... maskę gazową!
My jednak chcemy zobaczyć najsławniejszy punkt, czyli Mt Maunganui. Olbrzymie wzgórze, z którego rozpościera się przepiękny widok na okoliczne plaże, które zasadniczo jest samotne w okolicy. Domyślam się, że tradycyjnie jest to wygasły wulkan. Z dołu wygląda to na taki większy kopiec Kościuszki, jednak po około godzinie wychodzenia na górę zmieniam zdanie. Ale co tu dużo mówić, dla takich widoków warto!



 


Zmęczeni ale zadowoleni jedziemy dalej, tym razem już na północ, powoli kierując się w stronę Auckland, jednak jadąc wybrzeżem i kierując się na Coromandel. Po drodze zatrzymujemy się na plaży pomoczyć nogi w zimnej wodzie oraz obejrzeć starą kopalnię złota w Waihi. Docieramy do Whangamata na Coromandlu już późnym wieczorem i przekonujemy się, że turystyczne miejscowości poza sezonem po prostu wymierają! Ponieważ był to już poniedziałek, czyli oficjalnie ostatni dzień długiego weekendu, miasto było opustoszałe a półki w sklepach puste. Mało tego, zbliżająca się do rezerwy wskazówka poważnie nas przestraszyła, ponieważ w okolicy nie ma stacji benzynowych a z powrotem mamy bardzo kręto i bardzo pod górkę. Tak czy owak zmęczeni idziemy znów do baru na kolację. I tutaj również jesteśmy bardzo miło zaskoczeni pysznym posiłkiem, który dostajemy w barze, którego widząc w Polsce nie wahałbym się nazwać "żulownią". Najedzeni idziemy jeszcze zobaczyć plażę a następnie wskakujemy do vana i idziemy spać. Na długo nie zamykamy oczu, bo budzi nas syrena. Wyskakujemy z samochodu, bo pierwsze co przychodzi do głowy w takim miejscu to a) trzęsienie ziemi, b) wybuch wulkanu, c) tsunami jako efekt a. Zauważamy, że przy okazji wyskakuje też kilka innych osób ze swoich kempingów, pomimo że wiele ich nie jest. Pytamy co to może być, ale nikt nie wie. Jedna starsza para postanowiła pojechać do centrum się dowiedzieć. Okazuje się, że jest to nic innego jak syrena ochotniczej straży pożarnej, jednak w przeciwieństwie do PL, nie jest to sygnał ciągły lecz naprzemienny przez około 3 minuty. 

Ostatni dzień to leniwy i powolny powrót do Auckland. Jedziemy drogą wzdłuż wybrzeża, dzięki czemu droga wcale nie męczy a wręcz przeciwnie. Jadąc taką trasą ładuje się baterie!



 


Mijamy przepiękne tereny, jeziorka góry i bezludne plaże. Naprawdę jak w raju. Szkoda tylko, że następnego dnia trzeba już do pracy. O Coromandlu na pewno więcej napiszę, kiedy znajdę kolejny taki dzień, w którym będę miał na tyle czasu, żeby opisać wyjazd noworoczny.
Efektem wyjazdu jest cały album zdjęć, który można zobaczyć tutaj.

Natomiast wniosek z wyjazdu jest jeden - 4 dni to za mało, żeby obejrzeć te przepiękne tereny. My wybraliśmy się tam głównie po to, aby na przyszłość wiedzieć gdzie można wybrać się na dłuższy pobyt. Problem z Nową Zelandią jest taki, że takich miejsc zaczyna być setki po takich krótkich podróżach i obawiam się, że nawet po kilku latach wciąż będziemy wyjeżdżali na tydzień objazdowo, po nowych miejscach i wciąż nie będziemy mogli się zatrzymać, bo będziemy pod wrażeniem nowo odkrytych miejsc.

Całość można przeczytać również na moim blogu.

Podziel się ze znajomymi!

Komentarze Sortowane od najnowszego do najstarszego

  1. Marcin napisał:
    2011-04-12 o 12:47

    widzialem i wioske, i tance w marae, i gejzer.. i ich kulture (ktora jest wszedzie w NZ i nie trzeba jej szukac w tym konkretnym miejscu). bedac w Rotorua o wiele wiecej dowiedzialem sie o Maori i np. ich udziale w zdobywaniu Monte Cassino z muzeum w dawnym Bath House, chociaz jeszcze wiecej na ten temat znajdziesz w War Memorial w Auckland za cale $5.

    a bilet z Te Puia zachowalem i nadruk mowi dokladnie 50 NZD.. performance o 10:15 obejrzalem w tej wlasnie cenie. mam nawet film i zdjecia (jesli bardzo chcesz, to prosze)

    http://picasaweb.google.com/violetta.plazewska/20081112_Rotorua#5272765023333476082

    nawet zony na scene dlugo nie trzeba bylo namawiac, zeby tanczyla poi ;D

    link do aktualnego cennika podalem wyzej.
    nie ma tam takiej ceny, wiec domyslam sie, ze nawet nie zblizyles sie do kas.. al enie to mnie tak wkurzylo, jak komentarz, ze 120 dolarow jest Ok dla turystow, ale za duzo dla miejscowych. nie wiem skad taki wniosek, ale irytujaco glupi.

    nie siedze na fotelu, ani w srodku lesu.
    mieszkalem w NZ kilka lat i nie stronilem od probowania roznych potraw :)

    nie pisz wiecej takich bzdur jak "Koromandel", ze bilet do Te Puia kosztuje 120 dolarow, gdy na stronie nie ma ani jednego biletu w cenie zblizonej do podanej przez Ciebie i ze te "120 dolarow to cena dobra dla turystow, ale za drogo dla miejscowych", a nie bedziesz czytal moich komentarzy. obiecuje.

    • Ralf napisał:
      2011-04-13 o 00:08

      Zaczyna się typowe Polskie forum z dziećmi neostrady. Skopiuję i wkleję Ci, żeby Cię w oczy pogryzło troszkę:

      Te Pō Indigenous Evening Experience

      Te Pō starts at 6:15pm - a feast of storytelling, entertainment and Māori Cuisine (kai)
      Adult: $106.00 Child $53.70 Family Pass $286.20

      Te Pō Indigenous Evening Experience Combo

      Te Pō Combo starts at 4:30pm - includes Te Puia Daytime Experience tour
      Adult: $138.00 Child $69.00 Family Pass $372.60


      Mówiąc o obejrzeniu kultury i spróbowaniu potraw miałem na myśli wieczorny pokaz kultury, tańców, robót i kuchni. Co zresztą zostało polecone przez pewnego rodowitego NZ.

      A jeśli już masz czepiać się o spolszczenia nazw to mi przykro. Pomyśl tylko, że czytają to też starsi ludzie, dla których ja to piszę na swoim blogu.
      Następnym razem się poprawię, obiecuję. Albo po prostu nic nie napiszę, bo takie komentarze naprawdę odbierają chęci i motywację.

    • Redakcja napisał:
      2011-04-13 o 11:09

      Ralf, wybacz ale gdyby mnie miał zniechęcić jeden niezadowolony konsument NNZ to musiałbym zamknąć stronę :) twardym trza być a nie miętkom i robić swoje a człowiek uczy się na błędach po to by ich w przyszłości nie popełniać dlatego sugeruje jedynie abyś na przyszłość precyzyjnie pisał czego co dotyczy bo obawiam się że gdybyś napisał w tekście od razu że chodziło ci o Te Puia Daytime Experience tour Adult: $138.00 to nie byłoby całej tej gadki. Piszę to bo sam kiedyś za brak precyzji dostałem po łapach i teraz pisze dokładnie co mam na myśli. Tak jest zresztą i czytelniej i przyjaźniej dla czytelnika bo wie o czym czyta, z ogólników raczej mało się dowie a ty napisałeś kawał fajnej relacji. To tylko w kwestii precyzji, tekstu nie komentuje, walczcie o swoje :) A gdybym był tobą to przeredagował bym tekst, sprecyzował i zapytał komentujących "Ale o co Wam chodzi?" :))))

    • Ralf napisał:
      2011-04-13 o 23:04

      Rafal, ja wiem i to troche tak przekornie bylo, bo takie komentarze strasznie demobilizuja. A wspoltworzenie czegos czego mnie przed wyjazdem bardzo brakowalo jest dla mnie przyjemnoscia.
      Problem jest w poziomie tych komentarzy. Bo jakze inaczej wygladala by dyskusja:
      ktos) pisze sie Coromandel nie Koromandel
      ja) wiem, ale kiedys dostalem licznie po lapkach za wtracanie angielskich slow i nie tlumaczenie ich, choc przetlumaczone nie do konca dobrze znacza. Tym razem popelnilem blad bo bylem przekonany, ze jest polski odpowiednik tego slowa.


      LUB

      ktos) do tej wioski mozna wejsc za 40$
      ja) wiem, ale ja chcialem wejsc na nocny pokaz ktory robi olbrzymie wrazenie.
      Nie brzmi to troche inaczej? A z tymi szczegolami to zgadzam sie tylko po czesci, bo to nie ja zaczalem, ze "nie pisz, ze bilet do Te Puia kosztuje 120 dolarow, gdy na stronie nie ma ani jednego biletu w cenie zblizonej do podanej przez Ciebie ". Ja napisalem ze jest wejscie po 120 i uwazam ze jak na weekendowy wypad wejscie na jedna atrakcje za 240$ dla 2 osob to troche za duzo.
      Na marginesie informacyjnie - na 2 osoby na wspomniany wyzej wypad wydalismy ok 1200$ a to tylko 4 dni.

    Odpowiedz
  2. Marcin napisał:
    2011-04-11 o 18:01

    i tak do "Rotoruy", "Taurangi", "Wellingtonie", "Coromandelu" (SIC!).. doszedl "Koromandel".. Polak to kreatywny czlowiek.. eeech...

    nie chce sie czepiac, bo jak napisalem na forum NNZ pod lista "za i przeciw" - kazdy ma wlasne odczucia i zapamietuje po swojemu (dlatego fora to zbior subiektywnych wizji, ktore nie maja nic wspolnego z obiektywizmem, o czym niektorzy czasem zapominaja)..

    ale znowu.. miedzy bajki wloze informacje, iz zwiedzanie wioski maoryskiej w Rotorua kosztuje 120 dolarow od osoby, gdy tymczasem mam w portfelu jeszcze bilet z Te Puia za polowe tego.. w sezonie zblizonym, bo tez z listopada, tylko dwa lata wczesniej. "czy tak bardzo mogly sie zmienic ceny?" mysle sobie..
    a przeciez mozna wejsc na strone i przeczytac:

    http://www.tepuia.com/te_puia_experiences_guided_tours_prices.htm

    zapamietam te wyprawe do Te Puia jeszcze z powodu grupy Polakow, ktorzy kompletnie nie umieli sie zachowac komentujac np. "a teraz dzikusy dokna sie nosami" albo przed wejsciem do marae "tylko zabierzcie ze soba buty w reklamowke, bo wam podpieprza"..

    a wracajac do tego zdania o 120 dolarach..

    komepletnie nie wiem, jak mam rozumiec, ze takie $120 mialo by byc za drogo dla kogos, kto w tej walucie zarabia, a w sam raz dla turysty - czyli kogos, kto musi przeliczyc np. jakies 240 zl na dolary.. mniej wiecej, mniejsza o kurs. czy autor(ka) naprawde mysli, ze przyjechal z bogatej Polski na jakies zadupie?

    mieszkalem w NZ kilka lat i moze nie bylem Kiwi, ale zarabiajac w dolarach stac mnie bylo nie tylko na Te Puia ale na wiele innych atrakcji.

    gorzej z Polska, gdzie parking przed Zamkiem w Malborku to 16zl (dwa razy drozej, niz parkowanie w najdrozszych miejscach w NZ), a bilet wejsciowy do zamku w sezonie to 47zl.. ze nie wspomne o bilecie na uzywanie aparatu fotograficznego, bo w Malborku to byla granda w bialy dzien + zniszczona koszulka, do ktorej przykleili mi winietke zezwalajaca na fotografowanie pustych sal.. i klej nie chce zejsc po 2 latach. wydajesz prawie 100zl, a jeszcze nie wiesz, ze w srodku czasem nie bedzie nic oprocz obowiazkowego przewodnika, ktory w sercu EU i najwiekszym zamku ceglanym na swiecie.. nie mowi w obcych jezykach..

    problem w tym, ze takie "relacje" pozniej tworza mity, legendy.. szczegolnie wsrod ludzi, ktorzy nie chca lub nie potrafia czytac po angielsku, by znalezc zrodlo.. kiedys przestrzegalem, ze NNZ zmierza w kierunku nieslawnego portalu www.nowazelandia.pl, ktory kiedys straszyl w necie.. widze, ze inaczej kreatywny Polak nie potrafi..
    no tak.. portal nie ponosi odpowiedzialnosci za to co inni napisali..

    a pozniej jakis inteligent na wyprawe w czerwcu na Poludniowa Wyspe poleca plywanie z delfinami w oceanie w okolicy Kaikoura, bo sam tak robil w styczniu podczas 2tyg urlopu w NZ albo gdzies przeczytal na polskich forach..

    • Redakcja napisał:
      2011-04-11 o 20:29

      I portal nigdy ponosić nie będzie, jedyne teksty za jakie bierzemy odpowiedzialność to redakcyjne czyli moje chociaż i tych można się przyczepić bo niektóre na chwilę obecną są już zdezaktualizowane bo były pisane kilka lat temu ale rozsądny czytelnik a takich tu nie brakuje zerknie na datę publikacji i wszystko będzie dla niego jasne. Co do inteligenta który będzie polecał pływanie z delfinami w czerwcu w Kaikoura to na pewno znajdą się osoby które dadzą mu po łapach tak jak ty zrobiłeś z autorem powyższego tekstu. Po to właśnie są komentarze. W kwestii nazw własnych masz rację ale nie wiem po co tyle rabanu, wystarczy napisać na spokojnie że powinny być zachowane oryginalne i było by po wszystkim, umiemy czytać ze zrozumieniem. Zresztą taka decyzja zapadła już po twoim pierwszym komentarzu na Facebook tylko nie wymagaj, że ktoś zrobi to na już bo jak pisałem przy NNZ pracują 2 osoby i to w czasie wolnym a nie na etacie i tak zostanie czy to się komuś podoba czy nie. Jeszcze w tym tygodniu będzie można zmienić tytuł tekstu z zachowaniem jego oryginalnego linka. Co do niepoprawnych nazw w lidzie czy tekście artykułu to będziemy starali się wyłapywać błędy i prosić autorów o zmianę lub zrobimy to sami. Dla mnie sprawa nazw własnych jest zamknięta a Ty masz w tym główny udział za co dziękuję.

    • Ralf napisał:
      2011-04-12 o 11:03

      Cieszę się, że jesteś takim znawcą Nowej Zelandii. W takim układzie zapraszam do pisania artykułów, relacji, odpowiadania na forum... Uwielbiam polskich internautów. Siedzę sobie na fotelu gdzieś w środku lasu i opisuję "jaki to jestem mądry". Z miłą chęcią również skomentuję Twoje relacje... Nie ma? A to nie ma czego komentować!

      Nie obrażam się na komentarze, każdy ma swoje zdanie. Gorzej jeśli to zdanie mija się z prawdą. Dobrze, można wejść do wioski za 40$ ale nie wspomniałeś co w tych 40$ jest? Bo ja jeśli chciałbym wejść do wioski Maori to chciałbym zobaczyć tańce, spróbować ich potraw i poznać ich kulturę. Takie wejście jednak kosztuje... o kurcze! Ponad 130$. No to widocznie nie tylko drożeje z roku na rok, ale nawet z miesiąca na miesiąc.
      Pracowałeś w NZ i miałeś kupę kasy tak? Ja też mam nawet znajomych, którzy już drugie mieszkanie w PL kupuje pracując w w Londynie. Tylko, że ich bagaż za każdym razem wypełniony jest zupkami, konserwami i wędlinami z PL. Do tego dzielą mieszkanie z 4 osobami. Kto co lubi. Ja tutaj żyję, nie egzystuję. Płacę podatki, prąd, mieszkanie, spotykam się ze znajomymi na piwie, wyjeżdżam na weekendy, koncerty bla bla bla codzienne życie. Zbiera się i dla mnie 130$ x2 na jedno wejście w weekendowy wypad to dużo. Może dla Ciebie nie, cieszę się Twoim szczęściem.
      Dlaczego napisałem, że dla turysty to nie dużo? Prosty rachunek. Nowozelandczycy na wakacje raczej nie jeżdżą po okolicy. Tak samo jak ludzie przyjeżdżający tutaj nie przylatują z 200$. Na wakacje w NZ się zbiera, żeby zobaczyć jak najwięcej. I wszystkie tutejsze firmy doskonale zdają sobie z tego sprawę. Mało tego, zdają sobie z tego sprawę nawet sklepy sprzedając wodę w butelkach za 1,5$ (bo NZ piją wodę z kranu).
      Takich przykładów jest setki, ale co tu dużo mówić. Zawsze znajdzie się ktoś, kto był wszędzie, wie lepiej i uwielbia komentować.

    Odpowiedz
  3. JOanna napisał:
    2011-04-10 o 22:22

    piękna konkluzja.... to samo mialam po 3 tygodniach - ze to kraj , ktory mozna zwiedzac latami a i tak bedzie masa pieknych miejsc....

    super opowiesc, z uzym sentymentem czytam i wspominam....

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby:
otrzymać powiadomienie o odpowiedzi na komentarz Twój i innych. Nie wypadniesz z konwersacji.
komentarz pojawił się natychmiast na stronie
komentarz nie musiał oczekiwać na moderację
nie musieć przepisywać kodu z obrazka

Komentarze niezgodne z regulaminem oraz uznane za reklamowe usuwamy bez powiadomienia.

na górę


Zapisz się i Ty i zgarnij super niezpodziankę!



Holidaycheck

* Serwis nie ponosi odpowiedzialności za publikowane przez użytkowników treści. Treści są własnościa Autorów. Zgłoś nadużycie Administratorowi.